Rozdział 31. Tracę każdego po kolei.

744 45 2
                                    

- Słyszałam plotkę, że chcesz zabić swoją siostrę za wszelką cenę.

Co kurwa? Wstałam na równe nogi mając nadzieje, że się przesłyszałam. Lila posłała mi uśmiech i zniknęła tworząc portal taki sam, jaki tworzą Pięć i Ash. Ona ma moce? W sumie zaatakowała nas tak samo jak zrobiła to Vanya.
Oczy Ashtona zaświeciły się na biało. Wyciągnął nóż i naskoczył na mnie.

- Opanujesz to! - zawołałam unikając jego ciosów. Niestety nie byłam dosyć uważna i oberwałam w prawe ramię. - Błagam.. - zajęczałam. Przecież nie mogłam nic zrobić. Kolejny cios tym razem z pięści. Padłam na ziemie łapiąc się za twarz. I znowu warga rozwalona. Krew zaczęła kapać zmieniając barwę śniegu na czerwoną.

- Nawet walczyć nie potrafisz. - złapał mnie za włosy i pociągnął w górę. Reszta działa się tak szybko.. Wyciągnęłam nóż chcąc się jakkolwiek bronić. Zaczęliśmy wymieniać się ciosami. Popchnął mnie, a ja niefortunnie zahaczyłam o jego nogę. Upadliśmy razem, a dokładnie on upadł na mnie. Przestał się ruszać. Przestał oddychać. Jego powieki opadły, a moje serce stanęło. Zsunęłam go z siebie chcąc zobaczyć co się stało. Mój nóż był wbity w jego klatkę piersiową.

- O kurwa. - jęknęłam wiedząc jak bardzo przypadkowe to było. Po prostu się na niego nabił.. Przypadkiem. Zwykłym przypadkiem..

Leżałam na zimnym podłożu patrząc się w niebo. Próbowałam unormować oddech, łzy, ciśnienie.. Nie wiem ile czasu minęło, ale miałam ochotę umrzeć. Zabiłam go. Zabiłam własnego brata.
W końcu wstałam i trzymając się za ramię ruszyłam w stronę szopy. Czułam jak pieką mnie warga i policzek.

- Twoja była teleportuje się jak Pięć. - usłyszałam Luthera. Przed szopą stali wszyscy prócz nastolatka.

- Suka mi naplotkowała. Dusiłam się. - dodała Allison.

- Nie tylko tobie. - syknęłam stając obok.

- Vivian. - podszedł do mnie Klaus i zaczął oglądać moją twarz. - Co ci zrobiła?

- Kazała mu mnie zabić. - łzy ponownie zaczęły spływać po moich policzkach. - To był wypadek..

- Skarbie.. - przyciągnął mnie i zamknął w mocnym uścisku.

- Potrafi to samo co my.. - wtrąciła cicho Vanya. - Mogłaby być jedną z nas.

- To niemożliwe. Nas jest tylko siedmioro. - stwierdził Luther.

- Vivian też ma moce. Może jest nas więcej? - zauważyła Allison. - To mnie nawet nie dziwi. Tata nie mówił nam całej prawdy.

- W tym momencie mam to gdzieś. - rzuciłam i pobiegłam znowu do szopy. Pięć i Lila toczyli walkę pomiędzy sobą, a kierowniczka rozmawiała z chłopcem. Lila widząc mnie, odrzuciła Pięć i w mgnieniu oka znalazła się obok mnie.

- Możesz w końcu zniknąć? - zapytała podcinając mi nogi.

- To przestań się bać ze mną walczyć. - warknęłam dźwigając się. Już miałam gdzieś co się wydarzy. Traciłam sens istnienia.

- Przestańcie! - pomiędzy nas wbiegł Diego. - To nie ma sensu!

- Jasne, niech dalej zabija niewinne osoby! - machnęłam ręką.

- Ona może być jedną z nas.

- Tak bardzo mnie to obchodzi!

- Urodziłaś się 1 października 1989 roku. - olał mnie i zwrócił się w stronę Lily. Pięć wykorzystał chwile i wymierzył strzelbą w stronę Kierowniczki.

- Jesteś taka jak my. - wtrącił Luther.

- Twoi rodzice zostali zabici na rozkaz Kierowniczki. Zabrała cię ze sobą i wykorzystała. Nie widzisz tego? Nie musisz tego robić. My możemy stać się twoją rodziną. Nie będziesz sama.. - ciągnął dalej Diego.

- To prawda? - Lila spojrzała na Kierowniczkę. Ta już miała odpowiedzieć, ale padł strzał a wraz z nim kobieta. Lila wykorzystała zamieszanie i wzięła teczkę po czym zniknęła z bladym niebieskim światłem. Jeden ze Szwedów wszedł do środka mierząc do nas z broni. Pięć jednak nie chciał toczyć dalej tej wojny.

- Dość. - odparł i rzucił broń na ziemie. Szwed spojrzał na każdego z nas i wykonał ten sam gest. Spokojnie odszedł. To koniec.

Podeszłam do ciała Ashtona. Wyglądał tak spokojnie.. Jakby po prostu spał.

- Zajmiemy się tym. Zostanie należycie pochowany. - obok mnie pojawił się Herb. Również uronił parę łez. W końcu znali się szmat czasu.

- Zasługiwał na dużo więcej. - odparłam chowając dłonie do kieszeni.

- Był zniszczony. Tak samo jak ty. - stwierdził. - Dlaczego?

- Nie kochano nas wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebowaliśmy. - przyznałam. - On już nie musi uciekać, męczyć się..

- Przynajmniej na końcu miał kogoś kto zmienił jego bieg.

- A później go zabiłam.. - powiedziałam zaciskając powieki.

- Jest w lepszym miejscu, tylko tak mogę cię pocieszyć. W razie problemów zawsze możemy się skontaktować. Wybrali mnie na nowego przewodniczącego. Postaram się zmienić tą siedzibę.

- Gratuluje. - uścisnęłam go. Przynajmniej jakiś pozytyw dzisiejszego dnia. Uśmiechnął się i odszedł, a obok mnie pojawił się Diego.

- Chciałem to jakoś ograć.. - zaczął ale szybko mu przerwałam.

- Do końca życia będę ją nienawidzić. Ale wiem, że nie powinnam reagować tak emocjonalnie. Doskonale rozumiem twoje podejście. - wyjaśniłam. Posłał mi słaby uśmiech i objął mnie ramieniem. Przytuliłam się do niego jak nigdy wcześniej. Po chwili Herb i Dot zabrali ciało mojego brata zostawiając jedynie czerwone ślady na ziemi. Odeszliśmy kawałek dalej napawając się ostatnimi chwilami w tych czasach. Zaraz bowiem mieliśmy wrócić do domu.

- Wyjdź za mnie. - wypalił nagle. Otworzyłam szerzej oczy i spojrzałam na niego doszukując się rozbawienia. On jednak był zupełnie poważny.

- Że co? - dopytałam.

- Zostań moją żoną. - ujął to inaczej. - Przeżyliśmy razem tak wiele pojechanych sytuacji. Tyle wspaniałych jak i dołujących momentów. I dalej chce to mieć. Z tobą.

- Diego..

- Może to głupie.. ale nie musisz odpowiadać teraz. Wrócimy do domu i..

- Ostatnim razem też tak mówiłeś. - przerwałam mu. - Pamiętasz? Nie chce już odkładać niczego na później. Zgadzam się.

- Naprawdę? - zapytał ale nie czekał na potwierdzenie. Przyciągnął mnie do siebie i połączył nasze usta w czułym pocałunku. Tak bardzo cieszyłam się, że znowu mam go obok.

- Wracamy! - zawołał Pięć. Diego złączył nasze dłonie i razem podeszliśmy do reszty. Klaus uśmiechnął się na nasz widok. Manipulant, w dalszym ciągu tak uważam.

- Gotowi? - upewnił się Luther patrząc na każdego z nas.

- Zróbmy to. - zgodziliśmy się. Wszyscy złapaliśmy się za ręce.

- Czekaj! - rzucił Klaus i podbiegł na taras domu Sissy. Wziął stamtąd kapelusz i z powrotem do nas wrócił.

- 50 dolców jak go tu zostawisz. - wypalił Diego w stronę Pięć za co oberwał ode mnie w ramię.
Nastolatek otworzył walizkę i niebieskie światło wychodzące z niej pokryło wszystko dookoła.
Pojawiliśmy się w domu Hargreeves'ów. Wszyscy, co najważniejsze.

- Jaki mamy dzień? - zapytał Luther. Pięć znalazł gazetę i spojrzał na datę.

- 2 kwietnia 2019 roku. Dzień po apokalipsie.

- Zatrzymaliśmy ją. - ucieszyła się Allison.

- Udało się? O Boże, muszę się napić. - oznajmił Klaus i podszedł do barku.

 
- Czemu nad kominkiem wisi portret Bena? - zapytał Diego zauważając zmianę.

- Wiedziałem, że się w końcu zjawicie. - Reginald wstał z fotela i stanął obok nas. No ładnie.

- Ty żyjesz. - szepnął Luther.

- To cię dziwi?

- Nie.. Cieszę się, że jesteśmy wszyscy razem w domu.

- W domu? To nie jest wasz dom.

- Przecież to jest Akademia Umbrella. - wtrąciła Allison.

- Znowu źle. To Akademia Sparrow! - czyjeś kroki rozniosły się po korytarzu, a za nami pojawił się.. Ben?

- Tato, co to są za dupki? - zapytał patrząc na każdego z nas.

- Kurwa.

----

Enjoy!

V.

Flawless || Diego HargreevesOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz