zefirak5
- Reads 1,503
- Votes 165
- Parts 41
Był piękny, niedzielny poranek. Ah, jak ja wtedy kochałam niedzielne poranki; zapach naleśników, dźwięk telewizji śniadaniowej dobiegający z salonu i ten wszechogarniający spokój, spokój, który już niedługo miał przerodzić się w panikę.
Zbliżały się moje osiemnaste urodziny. To miał być wielki dzień; dzień wkraczania w dorosłość, o której przecież tak bardzo marzyłam. Nie wiedziałam jeszcze, że dorosłość ciąży na człowieku jak dawne zbrodnie na komunistach. Czym jest dorosłość jeśli nie ogromnym bagażem odpowiedzialności? Teraz to rozumiem, ale wtedy... Wtedy nie rozumiałam jeszcze nic.
Moi rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną na ważne tematy. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam im tego za złe - to dobrzy, choć prości ludzie. Wychowani w czasach zimnej wojny, nie potrafili okazywać uczuć - byli oschli i zimni jak sytuacja w zrujnowanym, niczym życia jego obywateli, kraju. Nie wykluczam też, że sami nie bardzo rozumieli, co się dzieje; co mnie czeka za kilka dni. Nie mogli przecież wiedzieć, że niewielkie, różowe zawiniątko, które znaleźli w krzakach podczas pielgrzymki, nie jest zwykłym człowiekiem. Nie jest w ogóle człowiekiem...
Kim jestem?