Juliette_07DM
- Reads 189
- Votes 64
- Parts 14
„Mówiłam sobie, że nigdy.
Że prędzej rzucę się z Wieży Astronomicznej w dół, w czarną pustkę, niż pozwolę, żeby palce Draco Malfoya dotknęły mojej skóry.
A jednak jego spojrzenie - szare, burzowe, zimne jak stal po deszczu - przechodzi przeze mnie jak ogień, pali przez szaty, przez bieliznę, przez samą kość.
Jego głos, niski, lekko zachrypnięty w ciemnym korytarzu, brzmi jak grzech, którego jeszcze nie popełniłam, ale już wiem, że będę chciała popełnić go tysiąc razy.
Nienawidzimy się. Naprawdę.
Ja nienawidzę jego arogancji, tej maski, pod którą kryje się coś kruchego i przerażonego.
On nienawidzi mnie - bo widzę za dużo, bo nie odwracam wzroku, bo nie boję się go tak, jak wszyscy inni.
Ale to, co zaczyna się między nami, jest dużo bardziej niebezpieczne niż zwykła nienawiść.
Bo jemu czegoś brakowało.
Od zawsze.
W środku był połamany na ostre kawałki - Czarny Znak wypalony w skórze, słowa ojca wbite w mózg jak gwoździe, matka, która patrzyła na niego z bólem zamiast z dumą.
Myślał, że jest zepsuty do szpiku kości.
Że nie zasługuje na nic dobrego, na nic ciepłego, na nic, co nie boli.
Że jedyne, na co może liczyć, to strach w oczach innych i pustka w swojej własnej klatce piersiowej.
Aż pojawiłam się ja - drobna, uparta, z oczami, które nie uciekały.
I nagle zaczął czuć coś, czego nie rozumiał.
Coś, co bolało jeszcze bardziej niż Znak na ręce.
Coś, co sprawiało, że chciał jednocześnie uciekać i przyciągnąć mnie bliżej, aż nie zostanie między nami ani centymetra powietrza.
Slow burn. Bardzo wolno.
Najpierw słowa tną jak noże - ostre, celowane w najczulsze miejsca.
Potem spojrzenia stają się ciężkie, lepkie, nie do zniesienia.
Dotyk - przypadkowy, na granicy - parzy jak trucizna, którą oboje chcemy pić do dna.
A kiedy w końcu pękną...
nie będzie już odwrotu.
Będzie tylko on - połamany, głodny, desperacki - i ja, która właśnie postanowiła, ż