krzysiek20001
Internet ma jedną zasadę, której nikt głośno nie mówi, ale wszyscy ją znają:
kiedy jesteś niewidoczny, myślisz, że jesteś bezkarny.
Hejt rodzi się dokładnie w tym miejscu.
Między anonimowym kontem a czyimś prawdziwym życiem.
Kiedy zacząłem tworzyć w sieci, nie myślałem o tym.
Po prostu nagrywałem, wrzucałem filmy, robiłem swoje.
Aż któregoś dnia pod moimi nagraniami pojawił się pierwszy komentarz, który nie był śmieszny, nie był konstruktywny.
Był po prostu obrzydliwy.
„Ty to jesteś żenada."
„Po co ty tu jesteś?"
„Kolejny pajac, co myśli, że jest kimś."
Brzmi znajomo?
Dziś już tak.
Ale wtedy... wtedy te słowa bolały.
Nie dlatego, że były prawdziwe.
Bolały, bo po drugiej stronie siedział człowiek.
Ktoś, kto mógłby normalnie przejść obok mnie na ulicy i nic nie powiedzieć.
Ktoś, kto nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy, ale miał odwagę napisać wszystko, co brudne, za ekranem telefonu.
I takich ludzi było coraz więcej.
Nie widzą, że ich słowa mają ciężar.
Myślą, że jak skasują profil albo zmienią ikonę na kota, to stają się niewidzialni.
Nie wiedzą, że hejt wraca czasem jak echo w głowie.
Że potrafi trafić w dzień, kiedy człowiek już ma dość.
Że wypowiedziane z nudy zdanie może być dla kogoś ostatnią kroplą.