IrminaFaraway
- Reads 638
- Votes 115
- Parts 24
Sefris weszła do pokoju devy. Jego oczy obwiedzione były sinymi kręgami, a skóra miała chorobliwy odcień. Na kołdrze, którą był opatulony, widniały jego ręce: jedna ciągle na temblaku, a druga w naczyniu z wodą i kostkami lodu.
- Ponoć umiałaś kiedyś leczyć - powiedział cicho.
- Kto ci to zrobił? - spytała ze łzami w oczach. To, co widać było spod kostek lodu, wyglądało potwornie: jego prawa dłoń kończyła się w miejscu, gdzie zaczynały się palce, a od krótkich kikutów ciągnęły się pasma skóry, resztki kości i bliżej nieokreślonej białoszarej masy.
- Nawet rasathańska technologia nie dała rady, by uratować mi dłoń - rzekł smutno, ignorując jej pytanie. - Mówią, że już zaczęła gnić.
Sefris wzdrygnęła się. Nawet śmierć, która oznaczała dla devy rozpad ciała na drobne cząsteczki, nie była tak straszliwa, jak to, co spotkało Lanisa.
- Nie potrafię już leczyć - rzekła ze współczuciem, siadając przy jego nogach. - Tak mi przykro...
- Przykro ci? I powinno być ci przykro - powiedział deva, z dziwną energią w głosie. - Bo to twoja wina!
- Proszę...
- To twój kochanek mi to zrobił, wywłoko! Wynoś się stąd! Obyś zdechła w męczarniach!!!