okisiaW
- Reads 1,251
- Votes 221
- Parts 30
Przez lata miasto żyło w strachu.
W Los Santos jego imię wypowiadano tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne - i zawsze szeptem, jakby samo brzmienie mogło przyciągnąć uwagę czegoś, czego nie da się zatrzymać.
Erwin Knuckles.
Pastor z idealnie ułożonym głosem.
Człowiek, który potrafił stanąć przed policją, spojrzeć im prosto w oczy i mówić o wierze, nadziei i odkupieniu -
a jego złote oczy odbijały światło tak niewinnie, że nikt nie odważył się zadać kolejnego pytania.
Nie było dowodów.
Nigdy.
Nie znaleziono niczego, co mogłoby połączyć go z krwią na ulicach, zniknięciami, ani z organizacją, która przez lata rosła w cieniu miasta.
Świadkowie milczeli albo znikali.
A ci, którzy wiedzieli więcej - nie potrzebowali dowodów.
Bo wiedzieli, że prawda nie zawsze zostawia ślady w aktach sprawy.
Erwin Knuckles był niewinny...
przynajmniej na papierze.
A jednak to jego ludzie kontrolowali ulice, handel i strach.
To jego nazwisko otwierało drzwi, których nie powinno się otwierać.
I to jego organizacja przez lata działała jak cień rozciągnięty nad miastem -
brutalna, bezlitosna...
aż do dnia, w którym wszystko ucichło.
Bez wyjaśnienia.
Bez komunikatu.
Bez śladu.
Jakby ktoś nagle wyciął ją z rzeczywistości.
Miasto odetchnęło.
Jego ludzie zniknęli z pierwszych stron, a przemoc nieco osłabła -
ale organizacja nie zniknęła całkowicie.
Zmieniła się.
Stała się cichsza. Bardziej ukryta.
Mniej widowiskowa... ale nadal obecna tam, gdzie nie powinno jej być.
A on -
Erwin Knuckles -
zniknął jako pierwszy.
I nikt nie potrafił powiedzieć, czy to był koniec...
czy tylko początek czegoś, co miało nadejść później.
Bo są rzeczy, które nie kończą się naprawdę.
One tylko czekają.