AWatrak88
Nie planowałem umrzeć we wtorek. Gdybym planował, wcześniej odzyskałbym dwa tysiące od kuzyna. Pożyczyłem mu je trzy miesiące temu i od tamtej pory słyszałem tylko: „stary, ciężki okres mam". Nie wiedziałem, że jego ciężki okres trwa dłużej niż średniowiecze.
A potem? Polna droga, piosenka o śmierci w radiu i... sarna. A dokładniej jej brązowy zadek wyskakujący z krzaków. Huk, metal, szkło, ciemność.
Kiedy otwieram oczy, siedzę w rowie i patrzę na własne zwłoki. Umarłem w butach za pięć dych, a mój ryjek wygląda jak projekt grupowy pięciu idiotów. Ale wiecie, co bolało najbardziej? Fakt, że ten chuj Krzysiek nadal ma moje dwa tysiące.
Szybko okazuje się, że śmierć to nie anielskie chóry, a zamknięte osiedle dla wariatów. Moja nowa ekipa z ławki to Mieciu (martwy od 40 lat), Zenek (skoczył z dachu do basenu, którego nie było) oraz Władek - facet trafiony trzy razy piorunem, który uczy mnie teleportacji.
Wszyscy mówią mi, żebym odpuścił. Ale charakteru sarna mi nie zabrała. Kiedy odkrywam, że jako duch mogę przesuwać przedmioty, w mojej głowie rodzi się plan. Czas na windykację paranormalną.
PSTRYK. Teleportuję się pod blok Krzyśka. Patrzę przez okno, a ten głąb ogląda mecz na nowiutkim telewizorze. Za moje. Dwa. Tysiące. Zaczynam zabawę - przesuwam mu pilota o centymetr. Krzysiek bieleje, a ja czuję się jak Picasso rozwalania ludzkiej psychiki.
I wtedy wszystko się psuje. Telewizor zaczyna śnieżyć, a z ekranu patrzy na nas Listonosz - przerażający facet z zaświatów, który pilnuje, żeby martwi zostawali martwi. W pokoju zapada lodowata cisza, a z naszych gardł jednocześnie wyrywa się uniwersalne:
„O kurwa".
Bo za rogiem czai się pytanie:
„Marek. Myślisz, że ta sarna była przypadkiem?"