lupatryk
„Teraz moje życie waży 600 mg."
To autobiografia spisana jak protokół z przesłuchania, w którym oskarżony, świadek i ofiara mają tę samą twarz.
Ktoś wraca tu do domu pachnącego drożdżowym ciastem, starością i dymem papierosowym. Do matki, która nauczyła się krwawić do wewnątrz. Do ojca, który trwał tak cicho, że można go było nie zauważyć. Do boga, który nie odpowiedział. Do dwóch słów, które niewypowiedziane gniły w świadomości. Do pierwszej miłości, uzależnienia i wszystkich wersji siebie porzuconych w ciemnych pokojach pamięci.
Z tych wspomnień powstaje list pożegnalny. Nie ma adresata, bo być może od początku był nim każdy, kto patrzył i nie zobaczył. Być może sam autor. Być może nikt.
Im głębiej narrator schodzi w siebie, tym trudniej rozstrzygnąć, czy próbuje się ocalić, usprawiedliwić, czy jedynie pozostawić po sobie wyjaśnienie. Każde zdanie przybliża do chwili, w której życie zaczęło opuszczać ciało, choć ciało nadal wstawało rano, mówiło, kochało i pamiętało.
Te drzwi otwierają się tylko od zewnątrz.
W środku ktoś od dawna siedzi sam ze sobą.
I czeka, aż jedno z nich wreszcie wyjdzie.