(Cała opowieść jest zmyślona, a wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób i miejsc przypadkowe)
Była ciepła noc. Wracałem tak najebany, że nie wiedziałem u kogo się najebałem. Szedłem spokojnie chodnikiem, ani żywej duszy. Nagle usłyszałem szlochanie wydobywające się za krzaka. Trochę się przeraziłem, ale moja ciekawość zmusiła mnie do zajrzenia, przez to, że mógł tam leżeć ranny kotek, a, że mam dobre serduszko, to musiałbym takiemu pomóc. Delikatnie chwyciłem za gałąź. Odchylałem ją tak, że odgłosy szeleszczących liści łączyły się z cichutkim dźwiękiem wiatru, który towarzyszył tej nocy. Coraz bardziej przed moimi oczami ukazywał się obraz przestrzeni za rośliną. Aż w końcu zobaczyłem postać chłopaka. Jednak ten makaron na głowie poznam wszędzie. Tą nie zmienianą bluzę poznam wszędzie. Był to Dutkiewicz.
Krzyknąłem do niego „Elo śmieciu, dostałeś w końcu za bycie babskim bokserem ?". On wyjął swoją zasmarkaną twarz z między dłoni, jednak dalej się w nie wpatrując i wstawiając powiedział „Czeg...". Zatrzymał głos, kiedy spojrzał na mnie. Zaczął podchodzić, coraz bliżej, i bliżej. Zacząłem myśleć, że chcę mi najebać. Szybko podniosłem ręce, ale on jeszcze szybciej złapał moje. Przybliżył głowę, więc sądziłem, że chce mi wyjebać w główki. Ale.. pocałował mnie. Byłem tak samo zły, zdegustowany jak i zdziwiony. Chciałem go najebać, ale jego język i ślina uspokoiła mnie. Odsunął się ode mnie. Jego piękne oczka błyszczały nie złami smutku, lecz wzruszenia i szczęścia. Powiedział swoim pięknym, delikatnym głosem „Aluś...kocham cię"
C.D.N