Nikt nie rodzi się z nienawiścią w oczach. Nikt nie rodzi się z ogromnym uśmiechem na twarzy. Nikt nie rodzi się zniszczony i złamany. Każdy z nas urodził się po coś. By czynić dnie innych lepszymi, by zarażać uśmiechem, by... po prostu egzystować. Nie wyłaniając się z tłumu, żyjąc po swojemu. Dla niektórych świat jest pełen szarości, a dla innych pełen barw, których nie można nawet opisać. Gdzieś tam pomiędzy złem a dobrem, czernią a błękitem urodził się chłopiec. Chłopiec, który przez pewien czas wiódł cudowne, dla wielu wymarzone życie. Jego księga była pełna barw, a przy sobie miał ludzi, którzy pomagali mu trzymać kredki i kolorować nimi piękne wspomnienia. Jednak do każdej księgi czasem musi wpłynąć kropla wody, która rozmazuje wszystko, a wtedy tylko od nas zależy, czy sięgniemy po chusteczkę i będziemy tworzyć dalej, czy pozwolimy, aby wszystko stało się nicością. On poległ.
Pozwolił komuś doszczętnie przemoczyć swoją księgę. Do końca. Nie chciał łamać, lecz sam został i czuł się złamany. Budował barykady, wysokie budowle stworzone z tysięcy cegieł. Chciał przestać czuć i przez długi czas mu to wychodziło.
Do czasu.
Bo w pewnym momencie staliśmy się upadłymi aniołami, które obmywały rany własnymi łzami.
Todos los derechos reservados