To historia o klątwie ukrytej w pozornie niewinnej opowieści.
Główny bohater śni koszmar, w którym nie może mówić ani się ruszyć.
W lustrze widzi własne odbicie, które powoli się zmienia w potwora.
Jego skóra pęka, a z ciała wychodzą czarne macki, oplatające całe lustro.
Oczy bohatera stają się czarne, bez dna, jakby stracił duszę.
Nagle coś łapie go za kostki i wciąga pod łóżko.
Tam spotyka... samego siebie, ale z upiornym, nienaturalnym uśmiechem.
To odbicie wskazuje mu miejsce, gdzie powinien „usiąść" - jakby zapraszało do zamiany miejsc.
Od tej chwili bohater zaczyna doświadczać dziwnych rzeczy na jawie.
Lustra w jego domu pękają samoistnie, a jego odbicie porusza się samo.
Pojawia się tajemnicze nagranie, które pokazuje jego przyszłość - czarnooką wersję siebie.
Odbicie zaczyna go prześladować, mówiąc, że „gra się dopiero zaczęła".
Bohater trafia do świata po drugiej stronie lustra, pełnego mrocznych odbić ludzi.
Każdy tam to ktoś, kto kiedyś usłyszał tę samą historię.
Wszyscy są bez twarzy i szepczą bez końca, że „gra trwa".
Okazuje się, że nie był ofiarą - sam stworzył tę opowieść swoimi lękami.
Jego los jest przesądzony - zostaje uwięziony za lustrem na zawsze.
Na koniec rozumie, że teraz jego zadaniem jest znaleźć następną ofiarę.
Historia zamyka się w pętli - każdy, kto ją przeczyta, automatycznie w niej uczestniczy.
Opowieść kończy się, gdy bohater patrzy przez lustro prosto na... czytelnika.
Gdzieś pod Chicago, w małym miasteczku mieszkał chłopak, o którym każdy zapomniał. Chłopak, który za wszelką cenę chciał umrzeć.
Tak było dopóki świat się nie skończył.
Gdy inni tracili życie i przeklinali apokalipsę, Jean je zyskał. Koniec świata był początkiem dla szesnastolatka. Ostatni dzień normalności rozpoczął się dla niego od świątecznego kubka, który został roztrzaskany na głowie truposza.