JEŚLI USŁYSZYSZ SWOJE IMIĘ,
JESTEŚ JUŻ MARTWY.
Nie boję się muru.
Mur nie oddycha.
Nie patrzy.
Nie krwawi.
To, co jest za nim... być może.
Boję się ciszy przed wyborem.
Tej chwili, kiedy oddechy grzęzną ludziom w gardłach.
Wtedy pada imię.
Jedno z pięciu.
I ciało jeszcze stoi, ale człowiek już nie istnieje.
Pięć Ofiar.
Pięciu Skazanych.
Znikną za murem i nigdy nie wrócą.
Widziałam to już raz.
Patrzyłam, jak odchodzi.
Jak coś w nim gaśnie, zanim zrobił pierwszy krok.
Nie ruszyłam się.
Teraz czuję to w sobie.
Pod skórą.
W kościach.
W ciszy między oddechami.
Jakby coś rosło we mnie,
czekając, aż w końcu pęknę.
Mur nie jest granicą.
Jest korkiem w ranie, która dawno powinna się otworzyć.
A to, co za nim gnije, zaczyna przeciekać.
Więc jeśli kiedyś usłyszę swoje imię...
nie będę błagać.
Nie będę uciekać.
Pozwolę mu mnie zabrać.
I dopilnuję, by zdechło razem ze mną.
Toate drepturile rezervate