Grymas nie powinien być naturalnym wyrazem twarzy. To źle, gdy się nim staje. Tak bywa. Gdy ma się za dużo na głowie, gdy niezliczona liczba obowiązków spada na Twoje łopatki, gdy słońce przestaje świecić tak, jak robiło to kiedyś, gdy wszystko, nawet najprostsze zadania, wydają się być pracą godną Syzyfa. Nie wiesz w czym wtedy szukać ratunku. W ludziach? Ale oni mają swoje własne problemy. Nie chcesz im dokładać. W filozofii? Powstrzymujesz parsknięcie śmiechu. Filozofia, wbrew powszechnej opinii, stworzyła o wiele więcej pytań, niż odpowiedzi. W rozrywce? Ale wtedy cichy głosik z tyłu Twojej głowy, głosem ledwie słyszalnym, ale stałym i nieustępliwym, kłuje Cię, niby mała igła i powoduje wyrzuty sumienia. Że nic nie robisz. Że jesteś zawodem. Że jesteś słaba. Że się boisz. Że przecież sama wzięłaś na siebie ten ciężar, więc nie masz prawa teraz narzekać. Że musisz być silna, bo inni patrzą. Że przecież inni mają dużo gorzej niż ty, ale jakoś łączą koniec z końcem, a ty jesteś słaba, krucha, łatwa do złamania niczym przepalona zapałka. A potem już nie wiesz czy nienawidzisz bardziej siebie, czy tego pieprzonego głosu.
Albo
Charlie mierzy się z tym, czego od zawsze się obawiała.
I może to wcale nie takie straszne?
Luźno powiązane z kanonem.
All Rights Reserved