Przez lata miasto żyło w strachu.
W Los Santos jego imię wypowiadano tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne - i zawsze szeptem, jakby samo brzmienie mogło przyciągnąć uwagę czegoś, czego nie da się zatrzymać.
Erwin Knuckles.
Pastor z idealnie ułożonym głosem.
Człowiek, który potrafił stanąć przed policją, spojrzeć im prosto w oczy i mówić o wierze, nadziei i odkupieniu -
a jego złote oczy odbijały światło tak niewinnie, że nikt nie odważył się zadać kolejnego pytania.
Nie było dowodów.
Nigdy.
Nie znaleziono niczego, co mogłoby połączyć go z krwią na ulicach, zniknięciami, ani z organizacją, która przez lata rosła w cieniu miasta.
Świadkowie milczeli albo znikali.
A ci, którzy wiedzieli więcej - nie potrzebowali dowodów.
Bo wiedzieli, że prawda nie zawsze zostawia ślady w aktach sprawy.
Erwin Knuckles był niewinny...
przynajmniej na papierze.
A jednak to jego ludzie kontrolowali ulice, handel i strach.
To jego nazwisko otwierało drzwi, których nie powinno się otwierać.
I to jego organizacja przez lata działała jak cień rozciągnięty nad miastem -
brutalna, bezlitosna...
aż do dnia, w którym wszystko ucichło.
Bez wyjaśnienia.
Bez komunikatu.
Bez śladu.
Jakby ktoś nagle wyciął ją z rzeczywistości.
Miasto odetchnęło.
Jego ludzie zniknęli z pierwszych stron, a przemoc nieco osłabła -
ale organizacja nie zniknęła całkowicie.
Zmieniła się.
Stała się cichsza. Bardziej ukryta.
Mniej widowiskowa... ale nadal obecna tam, gdzie nie powinno jej być.
A on -
Erwin Knuckles -
zniknął jako pierwszy.
I nikt nie potrafił powiedzieć, czy to był koniec...
czy tylko początek czegoś, co miało nadejść później.
Bo są rzeczy, które nie kończą się naprawdę.
One tylko czekają.
Todos os Direitos Reservados