Wojna nie zawsze zaczyna się od krzyku. Czasami zaczyna się od ciszy w słuchawce telefonu i odgłosu długopisu przesuwającego się po papierze w biurze na trzydziestym piętrze, o którym dawno chciałyśmy zapomnieć.Siedziałam przy małym oknie naszego loftu na Hackney, patrząc na Londyn, który powoli budził się do życia. Obok mnie, na kanapie, spała Ella. Jej dłoń wciąż spoczywała na gryfie basu, jakby nawet we śnie pilnowała naszej muzyki. Wyglądała tak spokojnie. Tak... wolno.Ale pod drzwiami leżał on. Biały, gruby plik dokumentów, który ktoś wsunął w szparę w środku nocy. Nie było na nim znaczka pocztowego. Było tylko logo, które prześladowało mnie w koszmarach.Otworzyłam go trzęsącymi się palcami.To nie był pozew. To było coś gorszego. Mark nie chciał nas już tylko pozwać. On chciał nas wymazać. Dokument stwierdzał jasno: nazwisko „Ari Abdul" i „Ella Boh" są znakami towarowymi zarejestrowanymi przez wytwórnię. Każda piosenka, którą nagrałyśmy w piwnicy, każde nagranie z TikToka, każdy oddech zarejestrowany na taśmie należał do nich.Byliśmy „własnością intelektualną", która wymknęła się spod kontroli. A system właśnie postanowił nas zutylizować.- Ari? - usłyszałam za plecami zachrypnięty głos Elli. Usiadła, mrużąc oczy przed porannym słońcem. - Co to jest?Podniosłam na nią wzrok. Czułam, jak w moich żyłach, zamiast krwi, zaczyna krążyć czysta, lodowata wściekłość. Ta sama, która kazała mi kiedyś spalić setlistę w Nowym Jorku. Ta sama, która kazała mi uciekać z areny.- To jest rozrachunek, Ella - powiedziałam, rzucając dokumenty na środek pokoju. - Mark myśli, że może posiadać nasze imiona. Myśli, że jeśli odbierze nam prawo do nazywania się nami, to przestaniemy istnieć.Podeszłam do niej i splotłam nasze palce. Tym razem nie było w tym gestu pocieszenia. To był uścisk żołnierza.- Srebrny pył opadł, Ella. Czas, żeby zobaczyli, co k
All Rights Reserved