Ala6726
Lia zawsze wierzyła, że miłość przychodzi wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewasz. Nie wtedy, gdy jej szukasz na siłę, tylko wtedy, gdy życie samo postanowi zrobić niespodziankę. Tego dnia nie myślała o żadnym chłopaku ani o związku. Myślała tylko o tym, żeby zdążyć na autobus i nie spóźnić się do domu.
Kiedy kawa rozlała się na jej rękę, była zła na siebie i świat. Wtedy ktoś podał jej chusteczkę i powiedział spokojnym głosem:
- Spokojnie, to tylko znak, żeby zwolnić.
To był Maks. Miał ciemne włosy i taki uśmiech, który sprawiał, że ludzie od razu czuli się przy nim lepiej. Zaczęli rozmawiać, najpierw nieśmiało, potem coraz bardziej swobodnie. Okazało się, że oboje lubią te same piosenki, nocne spacery i rozmowy o wszystkim i o niczym.
Od tamtego dnia pisali do siebie codziennie. Spotykali się po szkole, chodzili na lody, siedzieli na ławce i patrzyli w niebo. Lia czuła, że przy nim może być sobą. A Maks mówił, że przy niej wszystko ma sens.
Po kilku tygodniach zaprosił ją do parku i był dziwnie poważny.
- Lia, chcę zapytać cię o coś ważnego - powiedział, bawiąc się bransoletką na ręce. - Czy chcesz ze mną być, tak na serio, nie tylko jako koleżanka.
Jej serce zaczęło bić szybciej. Uśmiechnęła się i powiedziała, że tak. Wtedy przytulił ją mocno, jakby bał się, że to sen.
Byli szczęśliwi. Przynajmniej na początku.