Naszła mnie myśl odnośnie popularnego ostatnio „odbrązawiania historii” przez autorów. Pod tym płaszczykiem często kryje się robienie patologii z postaci lub epoki, za które w dzisiejszych czasach mogłyby być pozwy.
Otóż, nie sztuką jest nadać cechy ludzkie postaciom, które naprawdę żyły. Sztuka zrobić to dobrze. Bez przesady ani w jedną, ani w drugą stronę. Odbrązowienie historii nie jest bowiem tym, żeby obrzucić postaci gównem i udawać, że nic się nie stało, byleby wybić się na zasięgach i na kontrowersji. To, jak myślę, powinno być uczłowieczenie ludzi, których znamy z kart podręczników, pokazanie, że oni też byli ludźmi. To dobre oddanie historii z mieszanką faktów i emocji, bez niepotrzebnych dram i fikcji, by tylko pokazać „kto z kim się przespał na dworze” czy „kobiety zawsze były ofiarami”. Wszystko da się pokazać, bo papier przyjmie wszystko, ale sztuką jest, by nie przesadzić czy nie zostawić czytelnika z poczuciem żenady, że znów ktoś chce nakręcać tanią kontrowersję z historii i ciekawych bohaterów, i sprzedawać to, jako „szok” dla odbiorcy z gatunku „butem w mordę”.
Powieść historyczna jest takim gatunkiem, który bazuje na czymś, co naprawdę było. I serio, nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby wyciągnąć fajne smaczki z postaci czy epoki. Ale kolejne niepotrzebne wtrącenie tematyki przemocy jest bardziej opłacalne, prawda? Bo czytelnik ma być zszokowany, bo kontrowersja najlepiej się sprzedaje. Tylko, że to nie jest odbrązowienie historii, a obrzucanie jej gównem.
Szkoda, że tak wielu ludzi tego nie rozumie.