Ludzie drodzy, właśnie doznałam pisarskiego olśnienia. Otóż okazuje się, że ja jednak lubię pisać. Tyle lat żyłam w przeświadczeniu, że tego nienawidzę, że po prostu jest historia, którą chcę tylko napisać, by skończyć i móc ją potem przeczytać, tak bardzo się męczyłam pisząc Ognie, z każdym zdaniem żywiąc coraz większe urazę i pogardę, nie tylko dla siebie, ale i dla tekstu, a teraz wiem, że to była wina jedynie... Stylu. Kiedyś dawno pisałam jakieś pokręcone opko w czasie teraźniejszym z pierwszą osobą i w dodatku facetem w roli głównej i sądziłam, że lubię do niego wracać z sentymentu, teraz jednak widzę, że ta miłość również była podyktowana stylem, w jakim je pisałam. Bo widzicie, Ognie pisałam (a przynajmniej się starałam) stylem, który można określić jako prosty, tylko w opisach dało się zauważyć faktyczną próbkę mojego stylu, a i tak dość ubogą. Jednak taki styl pasował mi do młodzieżówki, bo stwierdziłam, że coś takiego będzie łatwo napisać dla wyprawki przed czymś poważniejszym. Otóż wcale nie. Od paru dni zajmuję się moim pierwotnym projektem, w którym to język jest bardzo metaforyczny, płynący wręcz w brzmieniu, oparty na szeroko pojętym słowotwórstwie i nagle odkryłam, że pisząc to naprawdę dobrze się bawię, równie dobrze, co przy pisaniu „Księgi Kota” (tego w czasie teraźniejszym). Za jakiś czas zatem możecie się spodziewać raczej nie Ogni tylko debiutu „Błogosławionych”, aczkolwiek raczej jeszcze nie w tym roku, może dopiero o tej porze w przyszłym, bo najpierw bym chciała ją skończyć