Rzadko udzielam się na temat Eurowizji, ale w tym roku postanowiłam obstawiać i trafiłam 8 z 10 piosenek, które wejdą do finału w pierwszym semi. Nie uważam się za jakiegoś znawcę w tym temacie, ale oglądam ESC dosyć długo i już co nieco się nauczyłam.
Polska, Norwegia, Albania i San Marino, to były moje pewniaki, przy tym ulubione piosenki, przy których się kiwałam, śpiewałam lub płakałam. Wiedziałam, że wejdą do finału. San Marino, pomimo wielu kontrowersji w komentarzach, mnie poruszyło klimatem, na pewno bardziej niż taka Belgia.
Estonia i Szwecja – nie można odmówić tym piosenkom chwytliwości. Mają elementy, które wzbudzają śmiech lub cringe, ale właśnie takie momenty stają się zapamiętywalne. Sama tych piosenek sobie nie puszczę, ale wiedziałam, że przejdą.
Portugalia niepozorna, ale właśnie tak to z nimi jest. Niby wiesz, że nie mają szans, a i tak. Osobiście sam występ mi się podobał, wchodzili w fajną interakcję z publicznością. Ogólnie sobie płynęli, chillowali i tak dobili do finału.
Holandia, chyba moje największe rozczarowanie. Przeżywam przy niej deja vu, jakbym kiedyś ją gdzieś słyszała. Niestety intuicja mnie nie zawiodła.
Cypr mi się podobał i szkoda, że się nie zakwalifikowali. Chorwacja była inna, ale nie miałam co do niej większych nadziei. Islandia dla mnie była zaskoczeniem, chociaż widać było poruszenie na sali, więc i ludziom przed telewizorami nóżka mogła potuptać.
No i nasza Isia! Choć performance mógł wyglądać nieco lepiej i pewnych elementów było tam zwyczajnie za dużo, to mimo tego przeżywałam występ, jak żaden inny w historii polskiej Eurowizji. Oddałam się Gai całkowicie, miałam ciary, śmiałam się, płakałam i przeżywałam, gdy Justyna zaczęła się unosić! Może ten występ technicznie nie był idealny, ale emocjonalnie przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie byłam tak dumna z polskiej reprezentacji! Robi wrażenie, a mina mojej mamy, tylko to udowodniła!