Niewielu wie, bo nie chwalę się zazwyczaj moim prywatnym życiem zbyt mocno, a nieco jednak mnie siekło mentalnie, a wam się przyda małe wyjaśnienie.
Cztery lata temu pożegnałam moją babcię. Dwa lata temu pożegnałam jedną z dwóch moich świnek morskich (Tony), w zeszłym roku zmarła moja druga babcia, a pół roku później mój dziadek. Przed wigilią mój jeden z dwóch psiaków przeszedł operację usuwania kamieni, potem naruszyła szwy w drugi dzień świąt i było jechanie na pogotowie (jedyne otwarte), ale Lulu trzyma się dobrze. Kilka dni po nowym roku moja druga świnka (Pepper) gwałtownie zaniemogła, niestety w weekend i nikt z 12 weterynarzy, do których dzwoniłam nie chciał nas przyjąć, bo nie zajmują się gryzoniami, jedna klinika dla gryzoni zamykała się za 10 minut, druga była zamknięta, a trzeci mimo długiego jeszcze otwarcia odesłała mnie na następny dzień; niestety to zaważyło nad losem mojego prosiaka i Pepper dwa dni później zmarła.
Było i nadal jest mi bardzo ciężko na sercu, ale powoli wszystko wraca do normy, a ja w końcu nabrałam sił, żeby zabrać się za montowanie filmów, pisanie rozdziałów i kończenie zamówień dla ludzi, którzy byli na tyle wyrozumiali, że nie mieli problemu, że termin przesunął się znacznie w czasie.
W niedługim czasie pojawią się w pierwszej kolejności zamówione opowiadania, a później normalne rozdziały, bo mam ich już trochę spisanych.