hej, siema.
wracam tu po wieczności jak Jezus na trzeciego dnia, tylko z bardziej zjebanym nastrojem i mniejszą ilością cudów do rozdania.
słuchajcie, muszę coś powiedzieć i w sumie nie wiem nawet jak to ubrać w słowa, bo samo myślenie o devil’s touch wywołuje u mnie ból istnienia. serio. próbowałam, siadałam, zmuszałam się, ale jak mam być szczera — ta książka jest dla mnie jak mokry karton. nic się tam nie trzyma kupy, bohaterowie jakby mieli amnezję, a ja mam ochotę wyrzucić laptopa przez okno jak tylko otworzę plik.
miałam nawet myśl, żeby ją całkowicie usunąć. bez żalu. bez pożegnania. ale kurwa, piszecie mi w dm-ach że TO DZIEŁO SZTUKI KOCHACIE.
Czy my na pewno czytamy tę samą książkę?
dlatego tak. zawieszam ją. na czas nieokreślony.
bo chcę się skupić na my little promise, chcę napisać coś, co mnie jara i co nie sprawia, że mam ochotę płakać nad własnymi błędami logicznymi (których tam było milion, bo oczywiście, że skasowałam wszystko co miało pomóc mi się w tym ogarnąć. classic me).
czy wszystko u mnie okej? tak. żyję, oddycham, egzaminy przede mną, ale to akurat pierdoła w porównaniu z kryzysem twórczym.
dziękuję, że jesteście, że piszecie, że czekacie, chociaż ja już sama na siebie nie czekam.
wrócę z nową energią. kiedyś. może. jak mnie znowu najdzie.
kocham was, serio.
buźki, idę się napić herbaty i nie płakać nad sobą. (Spróbować napisać cokolwiek)