Prolog [poprawiony - przed ostateczną redakcją i korektą]

21.2K 568 61
                                        

Śledziłam mój cel od kilku tygodni.

Christian Divey. Przykładny student prawa na Harvardzie. Nieposzlakowana opinia oraz skrywana przed akademickim otoczeniem tajemnica, która doprowadziła do śmierci najważniejszej osoby w moim życiu.

Pałałam żądzą zemsty tak silną, że nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed wymierzeniem sprawiedliwości. Plan był prosty. Poznać przeciwnika i zaatakować wtedy, kiedy najmniej będzie się tego spodziewał.

Stać się jego cieniem.

Cichą zapowiedzią zbliżającej się śmierci.

Specjalnie na tę okazję przeprowadziłam się z Nowego Jorku do Bostonu. W mieszkaniu, które jeszcze do niedawna należało do Theo nadal czułam jego zapach. Wżerał się w każdy najmniejszy por skóry, osadzając na niej niczym kurz przykrywający poustawiane na meblach ramki ze wspólnymi zdjęciami.

Od momentu jego śmierci nie pozwoliłam nikomu tutaj czegokolwiek ruszać. Sama też nie miałam odwagi niczego dotykać. Wszystkie rzeczy były pozostawione na tym samym miejscu. Kubek z niedopitą kawą, rzucone na fotel brudne ubrania, czy stojąca w rogu sypialni gitara elektryczna. Wszystko sprawiało złudne wrażenie, jakby nadal tutaj mieszkał i lada moment miał przekroczyć próg mieszkania. Przytulić się do mnie i złożyć pocałunek na czubku głowy, dokładnie tak, jak miał to w zwyczaju.

Wchodząc na dach najwyższego budynku przy jednej z głównych bostońskich ulic, czułam przyjemny dreszcz na skórze. Dostanie się tam było dziecinnie proste. Wystarczyło zaledwie odrobinę uroku osobistego oraz kokieteryjnego spojrzenia, żeby uczynnemu recepcjoniście o kasztanowych włosach nawet przez myśl nie przeszło, że urocza blondynka może trzymać w przewieszonym przez ramię pokrowcu, nie gitarę, a karabin snajperski.

Świadomość tego, co lada moment miało się tutaj wydarzyć osiadła na dnie duszy, najprawdopodobniej już na zawsze wydzierając z niej strzępki dobra.

Podeszłam do krawędzi dachu i rozstawiłam sprzęt. Spojrzałam na widniejący na nadgarstku zegarek. Dokładnie za dwanaście minut i trzydzieści dwie sekundy mój cel powinien pojawić się na skrzyżowaniu.

Wystarczyła jedna kula, żeby pomścić śmierć Theo. Jedna kula, która miała nieść za sobą upragnioną ulgę.

Zajęłam właściwą pozycję, przykładając oko do celownika. Jeszcze tylko chwila. Czułam, jak serce uderzało o żebra. Mój cel właśnie wyłonił się zza rogu. Kącik ust niekontrolowanie powędrował ku górze.

Zatrzymał się na czerwonym świetle i czekał nieświadomy swojej rychłej śmierci.

Krótki wdech i... strzał, celny strzał.

Chłopak dostał prosto w głowę, po czym padł bezwładnie na brudny chodnik przy akompaniamencie okrzyków przerażenia zebranych wokół przechodniów.

Odsunęłam się od krawędzi, ze spokojem schowałam karabin do pokrowca, po czym, jak gdyby nigdy nic opuściłam budynek jednym z tylnych wyjść i wsiadłam do zaparkowanego dwie przecznice dalej samochodu.

Mknąc autostradą w kierunku słonecznej Kalifornii blond peruka oraz czarne przeciwsłoneczne okulary zasłaniały moje prawdziwe oblicze.

Właśnie zabiłam człowieka.

Z premedytacją i zimną krwią odebrałam komuś życie.

Trzymając palec na spuście nawet na sekundę nie zadrżała mi dłoń.

Tarantula [W SPRZEDAŻY]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz