Rozdział 1

57 1 0
                                    

Państwo Bosowie spod numeru czwartego przy Zapolskiej mogli z dumą twierdzić, że są całkowicie normalni, chwała Bogu. Byli ostatnimi ludźmi, których można by posądzić o udział w czymś dziwnym lub tajemni­czym, bo po prostu nie wierzyli w takie bzdury.

Awięc był dyrektorem firmy Awizex produkującej reptiliańskie roboty. Był to rosły, seksowny mężczyzna z dziwnymi włosami. Natomiast Sohayo była drobną blondynką i miała szyję dwukrotnie dłuższą od normalnej, co bardzo jej pomagało w życiu, ponieważ większość dnia spędzała na podglądaniu sąsiadów. Syn Bosów miał na imię Spysiński, a rodzice uważali go za najwspanialszego chłopca na świecie.

Bosowie mieli wszystko, czego dusza zapragnie, ale mieli też swoją tajemnicę i nic nie budziło w nich większego przerażenia, jak myśl, że może zostać odkryta. Uważali, że znaleźliby się w sytuacji nie do zniesienia, gdyby ktoś do­wiedział się o istnieniu Hemingwayów. Pani Hemingway była siostrą Sohayo, ale nie widziały się od wielu lat. Prawdę mówiąc, Sohayo udawała, że w ogóle nie ma siostry, ponieważ pani Hemingway i jej żałosny mąż byli ludźmi całkowi­cie innego rodzaju. Awięcowie wzdrygali się na samą myśl, co by powiedzieli sąsiedzi, gdyby Hemingwayowie pojawili się na ich ulicy. Oczywiście wiedzieli, że Hemingwayowie też mają syn­ka, ale nigdy nie widzieli go na oczy i z całą pewnością nie chcieli go nigdy oglądać. Ten chłopiec był jeszcze jednym powodem, by Awięcowie trzymali się jak najdalej od Hemingwayów; nie życzyli sobie, by Spysiński przebywał w towarzy­stwie takiego dziecka.

Kiedy Bosowie obudzili się rano w pewien nudny, szary wtorek, od którego zaczyna się nasza opowieść, w za­chmurzonym niebie nie było niczego, co by zapowiadało owe dziwne i tajemnicze rzeczy, które miały się wkrótce wydarzyć w całym kraju. Awięc nucił coś pod nosem, zawiązując swój najnudniejszy krawat, a Sohayo wyrwała się na chwilę z domu na plotki, gdy tylko udało się jej wepchnąć wrzeszczącego Spyśińskiego do dziecinnego krzesła na wysokich nogach.Żadne z nich nie zauważyło wielkiej, brązowej sowy, która przeleciała za oknem.

O wpół do dziewiątej Awięc chwycił neseser, mus­nął wargami policzek Sohayo i spróbował pocałować na pożegnanie Spysińskiego, ale mu się to nie udało, bo Spysiński miał akurat napad szału i opryskiwał ściany owsianką.- Nieznośny bachor – zarechotał Awięc, wychodząc z domu. Wsiadł do samochodu i wyjechał tyłem sprzed numeru czwartego na Zapolskiej.Na rogu ulicy dostrzegł pierwszą oznakę pewnej nienormalności – kota studiującego jakąś mapę. Dopiero po chwili do Dominika dotarło to, co zobaczył, więc obrócił gwałtownie głowę, by spojrzeć jeszcze raz. Na rogu Zapolskiej rzeczywiście stał bury kot, ale nie studiował żadnej mapy. Co mógł sobie pomyśleć Awięc? To, co pomyślałby każdy rozsądny człowiek – że musiało to być jakieś złudzenie optyczne. Zamrugał parę razy i utkwił spojrzenie w kocie, a kot utkwił spojrzenie w nim. Awięc skręcił na rogu ulicy i wjechał na szosę, obserwując kota w lusterku. Kot odczytywał teraz napis Zapolskiej – nie, tylko wpatrywał się w tabliczkę z tym na­pisem, bo przecież koty nie potrafią czytać, a tym bardziej studiować map. Awięc otrząsnął się lekko i wyrzucił kota z myśli. Kiedy zbliżał się do miasta, po głowie chodziło mu już tylko wielkie zamówienie na reptylioboty , które miał dzisiaj otrzymać z Niemiec. Na skraju miasta został jednak zmuszony do zapomnie­nia o reptylach. Kiedy utkwił w normalnym porannym korku ulicznym, nie mógł nie zauważyć, że naokoło jest mnóstwo dziwacznie ubranych ludzi. Ludzi w pelerynach. Awięc nie znosił ludzi ubierających się śmiesznie, na przykład młodych ludzi w tych wszystkich cudacznych stro­jach. Doszedł do wniosku, że to jakaś nowa, głupia moda. Zabębnił palcami w kierownicę i wówczas jego spojrzenie padło na stojącą w pobliżu grupkę tych dziwaków. Szeptali między sobą, wyraźnie podnieceni. Awięc stwierdził z oburzeniem, że niektórzy wcale nie są młodzi; o, ten mężczyzna na pewno jest starszy od niego, a ma na sobie szmaragdowozieloną pelerynę! Trzeba mieć naprawdę czel­ność! Po chwili przyszło mu jednak na myśl, że to jakiś wygłup – ci ludzie po prostu przeprowadzają zbiórkę na jakiś równie bzdurny cel... tak, na pewno o to chodzi. Sznur samochodów ruszył i kilka minut później Awięc wje­chał na parking firmy Awizex, a w jego myślach z po­wrotem zagościły reptylioboty.

Taco Hemingway - Chłopiec, Który PrzeżyłOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz