[1] Walc

331 7 1
                                        

Świetnie tańczyłam. Przynajmniej w teorii. Przeczytałam setki stron, opowiadających o odpowiednim dystansie między dwójką tańczących osób, o idealnym ustawieniu stóp, o rytmie i o tempie. Całą tę wiedzę testowałam. Rzadko i zazwyczaj samotnie, ale z zapałem. I świadomością błędów, które popełniałam przez cały czas, bez możliwości poprawy. Jak poprawnie trzymać ramę, skoro nie ma partnera, którego można się złapać? Jak nie nadepnąć na jego nieistniejącą nogę?

Ot tak.

Taką odpowiedzią częstowała mnie matka za każdym razem, gdy pytałam, a pytałam często, bo byłam ciekawska. W końcu przestałam, dzięki czemu ona nie musiała już zastanawiać się i głowić, jakich skomplikowanych konstrukcji składniowych użyć, żebym w końcu zrozumiała, że mam jej nie zawracać głowy, bo przecież jestem wystarczająco kłopotliwym kłopotem.

Można pomyśleć, że kłopotliwy kłopot to trochę masło maślane, ale nie - różnica jest kolosalna. Kłopot to sytuacja, która nie jest nam na rękę, ale możemy sobie z nią poradzić, bo jest pod naszą kontrolą. Kłopotliwy kłopot to sytuacja, która nie jest nam na rękę, ale w dodatku żyje własnym życiem. Jak dziecko, na przykład.

Jak ja.

Wieczór jak wieczór. Za oknem coś nieśmiało sączyło się z nieba, a ptaszki mające gniazdo przy mieszczącym się piętro niżej oknie robiły sobie swój własny bankiet, konkurencyjny dla tego, który rozgrywał się na samym dole, w Dużej Sali. Nie miałam pewności, ale było to wysoce prawdopodobne. Odwiedzając mnie, matka często opowiadała o renowacjach, jakie tam się odbyły, były w trakcie, bądź za moment miały się zacząć. Jeśli jej paplanina nie klasyfikowała się jedynie jako zaplanowane działanie, mające na celu ominięcie gigantycznego słonia, który pojawiał się w komnacie za każdym razem, gdy przekraczała jej próg, to mogły być wyrazem tylko i wyłącznie bezgranicznej miłości, którą darzyła najwystawniejszą część pałacu.

Zawsze byłam pod wrażeniem - niekoniecznie samych efektów prac renowacyjnych, ale tego, w jaki sposób jej oczy świeciły się za każdym razem, gdy o nich opowiadała.Kiedyś, gdy wyszła, zaczęłam się zastanawiać, co dokładnie mnie tak hipnotyzowało - aż w końcu któregoś dnia, w trakcie jednego z jej niezwykle długich monologów na temat różnic między mało popularnymi technikami płaskorzeźbienia zrozumiałam. Moja matka kochała Dużą Salę.

Byłam w szoku.

Moja matka potrafiła kochać.

Nie winiłam jej. Też pewnie zakochałabym się w tym pomieszczeniu - gdybym tylko mogła je zobaczyć, kiedy byli w nim faktyczni żywi i oddychający ludzie. Pusta sala była zimna, ciemna i dziwnie odbijał się w niej dźwięk. Śmieszne uczucie - wydajesz z siebie jakiś odgłos, a on wraca, poobijany, od ścian, od sufitu, szerszy, bogatszy w doświadczenia, bo zwiedził trochę świata - niby Twój, ale już nie Twój. Już obcy.

- Panienko?

- Hm? - Moja głowa zrobiła się jakaś ciężka od tego całego hałasu. Dźwignęłam się na łokciach i powoli zsunęłam z łóżka.

- Czas na kąpiel. Przygotować? - Drzwi paskudnie tłumiły głos.

- Chętnie - mruknęłam, ale na tyle głośno, żeby usłyszała. Czyżby to był ten dzień? Dzień bólu głowy. - Z olejkiem cynamonowym.

- Oczywiście. Za dziesięć minut wszystko będzie gotowe. - Uśmiechnęła się. Powinnam dostać jakiś medal za umiejętności rozpoznawania nastroju osoby bazując jedynie na tonie jej głosu. Szczególnie w przypadku Barbary, już dawno zostałam mistrzynią.

- O, jeszcze masło waniliowe. I te kulki, co pachną jak pierniczki.

Cisza.

- Barbaro?

BABYHANDS | bloodcraft [1]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz