[2] Racuchy

115 5 0
                                        

Mała dziewczynka w bladoróżowej sukience przemykała między korytarzami tworzonymi przez wymyślnie poprzycinany żywopłot. Każdy kolejny krok potęgował grymas na jej rumianej twarzy - tak, bawiła się świetnie, ale zaczynała być coraz bardziej głodna. Jej myśli coraz chętniej uciekały od chłopca, którego powinna była szukać - już kiedyś zostawiła jednego ze swoich gości na pastwę losu i biedaczek zasnął gdzieś w objęciach żywopłotu. On sam nie miał nic przeciwko drzemce, ba, był bardzo zadowolony, że mógł kimnąć się na łonie natury. Jego matka - wręcz przeciwnie.

Pasowała do tej zieleni - chuda, bardziej długa niż wysoka, z paskudnym wytrzeszczem, a w dodatku zamiast mówić, syczała. Na małą również - gdy chłopiec w końcu się odnalazł, kobieta świszczącym tonem oznajmiła, że na żadne małżeństwo nie ma co liczyć. Dziewczynka tylko zamrugała.

Małżeństwo?

Miała 5 lat. Mama czytała jej dużo bajek o księżniczkach i książętach, królach i królewnach i rybkach, które spełniały życzenia. Całkiem spora część tych historii kończyła się w momencie ślubu. Dziewczynka uważała, że idea zamążpójścia była całkiem przyjemna, ale nie pamiętała, żeby w którejkolwiek z opowieści ślub brały dzieci.

Potem była kolacja i zapominała o wszystkim.

Westchnęła. Barbara obiecała, że zrobi im racuchy, ale w zamian mieli bawić się grzecznie aż do zachodu słońca. Uniosła wzrok w górę - niebo było już różowe, a jednak z każdą minutą czas wydawał się ciągnąć bardziej i bardziej. Przymknęła oczy.

Czas szukać dalej.

W kwestii kryjówek - miała swoje sprawdzone typy, które zazwyczaj były jednak omijane przez gości. Nic nadzwyczajnego. Znała każdy zakamarek Ogrodu Różanego, inne dzieciaki wręcz się w nim gubiły.

No, i chowały w najbardziej oczywistych miejscach.

Dziewczynce to nie przeszkadzało, bo bawiła się świetnie zarówno szukając (co trwało z reguły krótko), jak i będąc poszukiwaną (co trwało z reguły zdecydowanie dłużej). Tym razem była głodna - bardzo, bardzo, bardzo głodna, a z każdym kolejnym dźwiękiem wydobywającym się z jej pustego żołądka odpowiednio wzrastał poziom rozdrażnienia.

Przeszła wzdłuż żywopłotu i skręciła w kierunku małego placyku oraz znajdującej się na nim fontanny. To tam schodziły się cztery ogrodowe ścieżki. Sprawdziła już wszystkie możliwe kryjówki wzdłuż północnej i zachodniej, więc zostały tylko dwie. Wzdłuż ścieżki wschodniej ciągnęła się najdziksza część ogrodu, wychodząca na mur, oddzielający teren pałacu od lasu. Barbara zawsze powtarzała, że jedynie dorośli mogli wchodzić na ten teren, a róże rosnące tam niczym nie różniły się od węży - wiły się w każdym zakamarku, ostre, dzikie i zaniedbane, gotowe ukąsać każdego, kto choćby na moment straci ostrożność. Chłopiec też o tym wiedział - nie tylko jego własna niania go upomniała, ale też samo wejście na wschodnią ścieżkę było najeżone tablicami o zakazie wstępu.

Najprawdopodobniej schował się więc gdzieś w okolicach południowej. Dziewczynka ruszyła wzdłuż niej, ale z każdym kolejnym krokiem czuła coraz większy niepokój - nie zauważyła ani samego chłopca, ba, nawet jego żadnego śladu. W mig znalazła się ponownie na placu. Nagły podmuch wiatru sprawił, że zadrżała.

Wschodnia ścieżka.

- Będzie w porządku, tylko zajrzę - szepnęła do siebie, by dodać otuchy. Jak źle mogło być? Barbara zawsze wyolbrzymiała i często, naprawdę często dawała się ponieść wyobraźni. Przecież róże to nie węże. Nie gryzą.

A jeśli to jakieś magiczne róże, pomyślała, wkraczając na ziemisty szlak. Przy samym placu nie było tam żadnych róż, jedynie żywopłot, taki sam, jak choćby ten z północnej, jednak stopniowo oddalając się na wschód piękny, zielony kolor krzewów tracił na intensywności. Przełknęła ślinę, gdy rozkoszna zieleń przemieniła się w ciemną plątaninę ciernistych łodyżek, gęsto tworzących swoją własną fortecę. Róże rosły jak ściany, po obu stronach ścieżki, stawając się coraz większe i większe, wyciągając do małej swoje najeżone kolcami ramiona.

BABYHANDS | bloodcraft [1]Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz