Rozdział 1

110 12 4
                                        

Pikanie. Nieznośne, cholerne pikanie. Szum maszyn. To mnie obudziło. Widziałam jakby przez mgłę. Ale chyba żyłam. Dlaczego?! Przecież chciałam umrzeć... Musieli mnie odratować, kurwa musieli! A wszystko mogłoby się skończyć... Zero cierpienia... Spotkanie z rodziną... Ale nie!Zamiast tego leżę w jakimś pieprzonym szpitalu i nawet nie mogę ruszyć ręką! O, teraz zaczęłam mieć problemy z oddychaniem. Super! Krztusiłam się, bezskutecznie próbując złapać oddech. Po chwili podbiegła do mnie jakaś postać i nałożyła na mnie maskę, którą podłączyła do jakiegoś sprzętu. Dzięki temu mogłam oddychać. A może wcześniej miałam szansę na uduszenie się?! Wściekłość i rozpacz rozpierała mnie. Fala gorąca przebiegła przez moje ciało, nie mogłam rozprostować kończyn. Pomimo podłączonej maski, zaniosłam się urywanym, żałosnym szlochem. Zaraz zebrała się duża grupa lekarzy, która zaczęła się kręcić wokół mnie, doczepiać rurki, poprawiać kroplówki, przestawiać maszyny. A ja nie zwracałam na to uwagi, tylko autentycznie wyłam. Nie wiem jak to możliwe w tej utrzymującej mnie przy życiu masce, ale tak było. Medyczna eskorta była chyba tym bardzo zdezorientowana i zaniepokojona. Gdy tak płakałam przez parę minut, tracąc powietrze i dostając drgawek, w końcu chyba coś postanowili, bo jeden z lekarzy podszedł do mnie i wbił mi w ramię grubą igłę. Nieprzyjemne zimno rozeszło się po całym ciele, powieki zaczęły ciążyć, i chociaż walczyłam, jak mogłam, to nie udało mi się oprzeć narkozie.
***
Gdy się obudziłam, było widno. Już trochę łatwiej było mi oddychać, ale nadal miałam na sobie plątaninę rurek. Jedna miała swoje zródło na moim nadgarstku, druga na szyi, trzecia chyba na brzuchu, czwarta na piersi. Były jeszcze piąta, szósta, siódma i ósma, ale nie udało mi się ustalić, gdzie są wbite. W ogóle jakoś mało pamiętałam. Jakby biała plama w pamięci. Zaraz... Pamiętam ostatnie przebudzenie, płakałam wtedy, nie wiedzieć czemu... A wcześniej? Co było wcześniej? Zlał mnie gorący pot. Wysiliłam mózg. Nic. Biała plama, przebudzenie i teraźniejszość. Z ulgą zauważyłam wchodzącą do mojej sali pielęgniarkę.
- Dzień dobry, co mi się stało? Dlaczego jestem w szpitalu? - od razu zasypałam ją tego rodzaju pytaniami. Wygladała na zdezorientowaną.
- Ymmmm... Miałaś wypadek i ledwo cię odratowaliśmy - odpowiedziała w końcu.
- Acha... - coś zaczęłam sobie przypominać - Czy mogliby przyjść tutaj moi rodzice, lub ktoś z rodziny?
- Eh... - pielęgniarka przygryzla wargę - Chyba lepiej Ci już to powiedzieć. Twoi rodzice, tak samo jak siostra i chłopak, nie żyją.
Zamknęłam oczy, w których momentalnie zebrały się łzy. Już pamiętam. Rzeczywistość uderzyła we mnie jak ogromny meteoryt.
- Hej, nie płacz... - podeszła do mnie pielęgniarka, ale ja zmroziłam ją załzawionym wzrokiem, dając do zrozumienia, że chcę być sama.
Muszę sobie to wszystko poukładać.

Cześć!
Przede wszystkim chciałabym bardzo serdecznie Wam podziękować; minęły dwa dni od wstawienia przeze mnie tego prologu, a już mam 27 obserwujących i 7 gwiazdek! Jestem pod wrażeniem, oby tak dalej. Zostawiajcie też po sobie ślad w postaci komentarzy ^^
Co do rozdziału, to przepraszam, że taki krótki - następne będą dłuższe.
Kolejny rozdział pojawi się pewnie w poniedziałek, chyba, że naprawdę wykażcie się aktywnością, to może jeszcze w niedzielę :3
xoxo

Szukając samej siebieOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz