<< zwei >>

75 12 11
                                    

(przypisy na dole)

~~~

...er hat so lange keinen so zufriedenen und lächelnden Mann mehr gesehen...

...dawno nie widział tak zadowolonego i uśmiechniętego człowieka...

~~~

22 grudnia 2001, Predazzo

~~~

W szatni panował gwar. Skoczkowie byli już gotowi, czekali tylko na rozpoczęcie konkursu. Jedni wesoło gawędzili, inni rozgrzewali się przed zawodami. Ci, którzy mieli skakać pierwsi, powoli zaczynali żegnać się z kolegami i wychodzić na zewnątrz.
Życzyliśmy sobie powodzenia, a hasło aktualnego sezonu "wszyscy na Adama" rozniosło się głośnym echem po dusznym pomieszczeniu. Polak jeszcze się nie zjawił, toteż każdy miał cichą lecz niestety bezpodstawną nadzieję, że zrezygnował on z dzisiejszego startu.
Nikt nie potrafił przerwać szczęśliwej passy Małysza, która ciągnęła się tygodniami, a w okresach szczytowej formy - nawet miesiącami.
Nie, że go nie lubię, bo Adam to naprawdę wspaniały kolega. Czasami nawet nazywałem go przyjacielem i właściwie to nigdy tego potem nie żałowałem.
Jednak każdy skoczek, dobry czy mniej dobry, marzy o medalu. Szczególnie o złotym medalu. A tu proszę - nagle pojawia się gościu, który wszystko zgarnia sam. Trąbią o nim media, a zakłady bukmacherskie krzyczą jednym głosem. Nawet, jeśli jakiś konkurs zostaje odwołany, świat dekoruje zwycięzcę. I na nic tu starania moje, Martina (który swoją drogą ma słabszy sezon), czy Stephana*, czy kogokolwiek innego z kadry. Młodziutki Simon* dorasta mu może do pięt, ale to i tak znaczna zasługa. Goldberger, Höllwarth, Widhölzl, Koch... Hautamäki, Funaki...* Te wielkie nazwiska bledły przy jeszcze większym mistrzu.
Adam bez medalu? Tylko w najgłębszych i prawie nikomu niedostępnych czeluściach krainy snów sytuacja ta miała prawo bytu.
Gorzej, jeśli w ogóle nie można spać, albo co noc przeżywa przepełnione grozą koszmary...

Natychmiast nawiedziły mnie wspomnienia. Starałem się je wyrzucić z mózgu przynajmniej teraz, na czas zawodów, ponieważ okropnie wpływały na moją koncentrację.

Wdech, wydech... Wdech, wydech... - uspokajałem się.

Z rozmyślań wyrwał mnie znajomy i jakże radosny głos... no tak, Adama.

- Cześć! - zagadał po niemiecku. - Jak tam przed zawodami?

Wzruszyłem ramionami.

- Jak zawsze. - rzuciłem, po czym wróciłem do przerwanych chwilę wcześniej ćwiczeń rozciągających.

- Eee, no mów co się dzieje, jakiś dzisiaj ponury jesteś. - uśmiechnął się przyjaźnie.

- Nie wyspałem się. - udzieliłem Polakowi krótkiej zdawkowej odpowiedzi, mając nadzieję na ukończenie rozpoczętej czynności.

Adam szturchnął Martina.

- Ładną przyprowadził? - poruszył dwuznacznie brwiami, śmiejąc się.

Jego wieczny optymizm czasami stawał się uciążliwy.

- Ej! - wtrąciłem.

- Ach.. no tak... Przepraszam, ładnego. - udał zmartwionego.

Cholera, o co mu chodzi?

- A w sumie... jak tylko wczoraj wróciliśmy, to kurde wywalił mnie z pokoju, żeby zorganizować to wasze melo. - do rozmowy włączył się Martin.

- Tego... tego... - Polak wykonał teatralny gest rękami i zrobił dramatyczną minę. - Tego nawet nie można tak nazwać!

- Można, nie można, nie daliście mi spać.

Twardy jak szkło, kruchy jak kryształ // Sven HannawaldOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz