(2/2)
nawet potrafię umiejętnie doradzić w cudzym tekście, ale sama podczas I draftu nie jestem w stanie robić „show”. To zawsze, niezależnie od rozwoju techniki, jest „tell”. I nie wiem, czy powinnam w takim razie palić pierwsze wrażenie czytelnika wattpadowego, rozbijając je o mielizny I draftu, skoro na tym etapie sprawdza się jeszcze moje własne rozeznanie ("pisarzu, ulecz sam siebie!").
A co do techniki... ja jeszcze długo nie osiągnę pułapu „stabilny styl”. Po pierwsze, ambicja mi na to nie pozwoli, a po drugie – czuję, że za dużo jest do odkrycia, żeby na czymkolwiek poprzestać.
Zmieniam się pod względem warsztatu tak drastycznie, że to, co we wrześniu było akceptowalne na fali szaleńczego wypluwania z siebie koncepcji, w styczniu przestało już pasować do reszty książki, a obecnie II draft „Muzy” odjeżdża jakością tak bardzo, że pozostałe rozdziały wyglądają przy tych dziesięciu poprawionych jak ich uboga kuzynka.
To nie jest jednak wpis obliczony na ślepe hejtowanie własnego warsztatu – bardziej stopklatka w chaosie samodoskonalenia. Testowałam wody, widzę nieustanny progres od lat i dostrzegam kolejne pułapy (gdybym ich nie widziała, to bym się przestraszyła, bo zatrzymać się byłoby dla mnie równoznaczne z utknięciem w delulu, że nic ciekawego już na mnie nie czeka :D).
Mam nadzieję, że moje obecne zadowolenie z warsztatu w tych poprawionych rozdziałach za pięć lat zmieni się w: „lol, sweet summer child, TERAZ to dopiero piszesz, tamto to było *n i c* ”.
Jak znam życie, to znajdą się pisarze, którzy mają tak samo i tacy, którzy mają totalnie inaczej (czujcie się zaproszeni do podzielenia się strategiami).
Know your sins. Plan accordingly :D