Lato zmierzało ku końcowi, za oknami pojawiła się wczesna jesień. Minęło trochę czasu, dzięki któremu nieco wkręciłam się w dawne obowiązki i w kontakty z mamą. To wciąż było niewiele, ale... chyba póki co nie mogłam oczekiwać po sobie za dużo.
Tego dnia nie obudziłam się w najlepszym humorze, ale też w nie najgorszym. Po prostu w nijakim. Wiele osób twierdzi, że to nie wystarczy, ale ja myślę, że nic nie może mnie pokonać, nawet mój głupi tok myślenia.
Uważnie wpatrując się w lustro, mocno zawiązałam kucyka na czubku głowy. Lubiłam takie luźne fryzury, bo nie musiałam zawracać sobie głowy ich poprawianiem. Przygładziłam szarą bluzkę i zabrałam z blatu klucze do domu.
Brak samochodu na podjeździe zwrócił moją uwagę na problem, że nie posiadałam własnego auta. Nie miałam nawet pracy, po tym jak kiedyś tyle harowałam nad książkami. Zdążyłam ukończyć dobrą uczelnię, ale na tym moja historia się kończyła. Straciło dla mnie sens pisanie jej dalej, skoro mój brat nie mógł być dłużej jej bohaterem. To jak opowieść bez głównego wątku.
Czy teraz istniał jakiś sens? Nie do końca. Ale myślę, że jeśli się szuka, to się znajdzie, nawet jeśli okaże się to czymś kompletnie innym, niż się spodziewaliśmy.
Jaka była moja dzisiejsza misja? Nieco przygłupia, ale zdecydowanie konieczna. Brakowało mi ciuchów. Spora ich część wylądowała w koszu, kiedy w szale wyrzucałam wszystkie rzeczy, które w przeszłości mogły sprawić uśmiech na mojej twarzy. Denerwowały mnie rzucające się w oczy kolory, ekstrawaganckie fasony i tekstury, którym wcześniej tak bardzo ulegałam. Denerwował mnie całokształt tego, co zostało mi po tym, jak odszedł Alex. Bez jego pomocnej ręki stałam się małą, smutną dziewczynką w ciele kobiety, bez jakiejkolwiek inspiracji i chęci do życia. Wówczas to on uczył mnie jak żyć, teraz musiałam się tego na nowo nauczyć sama. Nie było przeproś. Ubrania nie były czymś wielkim, ale w czymś musiałam chodzić.
Kierowałam się do butiku na rogu Duke Street, małego przeuroczego sklepu, w którym można było znaleźć mnóstwo rzeczy na topie z wielu lat, za niewielką cenę. Prowadziła go mama mojej dawnej wiernej przyjaciółki, Ruby. Niegdyś uwielbiałam tu przychodzić. Tak naprawdę, to było jak mój drugi dom. Ale kiedy zostawiałam wszystko za sobą, to miejsce nie mogło zostać wyjątkiem.
Wspomnienia od razu zawirowały mi w głowie, kiedy tylko przekroczyłam próg i poczułam zapach magnolii. To mogło być tylko tutaj, popołudnia spędzane po szkole, pomagając pani Evans dobrać wzory i idealne barwy spośród szerokiej palety kolorów.
Zauważyłam te wszystkie wieszaki z ręcznie uszytymi i przeanalizowanymi od a do z ubraniami oraz panią Evans, która krzątała się pomiędzy biurkiem i notatnikiem, a ludźmi. Weszłam w głąb budynku i dotknęłam faktury lawendowej koszuli, lekkiej jak mgiełka, która od razu wpadła mi w oko. A potem złapałam za tą obok, pudrowo różową i tą będącą bardziej bezpieczną opcją, w odcieniu przymglonego błękitu. Tak łatwo było to poczuć w sobie, zobaczyć przebłyski mojego dawnego świata. Niemal potrafiłam go zrozumieć.
Oglądałam kolejne kreacje, kiedy otworzyły się drzwi. Z początku to zignorowałam, w końcu wiedziałam jakim uznaniem cieszył się butik wśród mieszkańców. Ale wtedy ta osoba przemówiła, a jej znajomy głos przyciągnął mnie do siebie. Ukradkiem spojrzałam w stronę wejścia. Ruby. Od razu wiedziałam, że to ona, kiedy zobaczyłam tę ciemną taflę włosów i ogromne niebieskie oczy. Praktycznie prawie co dzień, w mojej głowie odtwarzała się sytuacja z tamtego dnia, kiedy płakała na moje zgrzane ramię i przejęta opowiadała o wypadku. Momentalnie spuściłam głowę w dół, kiedy tylko rozejrzała się po pomieszczeniu. Zrobiłam to z nawyku, ale dopiero teraz dotarła do mnie powaga całej sytuacji, że jeśli pojawiam się tutaj, to tak jakbym przyjmowała dawne życie. To było zbyt mocne, nieosiągalne. Jak w ogóle mogło przejść mi przez myśl że potrafiłabym przywrócić tamtą osobę? Najlepszy malarz nie odwzorowałby swojego najcenniejszego dzieła, nie bez różnic, wad i smug, które ujmowałaby potencjału pierwowzorowi.
Ściany zdawały się zbliżać w moją stronę, zostawało mi co raz mniej tlenu i coraz mniej sił, by tu zostać. Chciałam natychmiast wyjść i już dłużej nie czuć tego bólu.
Szybko, pełna nerwów obejrzałam się za kobietą, która niegdyś była najwspanialszą towarzyszką do długich rozmów i skierowałam się do wyjścia. Zostało mi zaledwie kilka kroków, żeby poczuć pod palcami chłód metalowej klamki, kiedy ją usłyszałam.
-Nora - usłyszałam jej zaskoczony głos.
Odwróciłam się niepewnie. Stała spory kawałek ode mnie i zdaje się, że powietrze stanęło jej na chwilę w piersi, bo przez dłuższy moment trzymała tam swoją dłoń. Patrzyłyśmy na siebie niezdecydowane co z sobą począć, aż ruszyła w moją stronę z najszczerszym uśmiechem, jaki było mi dane widzieć od dawna. Tylko ona potrafiła wybaczyć całe miesiące milczenia.
To mnie spłoszyło, umysł krzyczał, żeby ponownie się odwrócić i trzymać się na dystans, od tego co było. Ale pomyślałam, czy to ma sens? Odtrącanie ludzi, którzy utrzymują cię w oddychaniu, odtrącanie ludzi, którzy sprawiają, że beztroski uśmiech nieświadomie maluje się na twarzy, ludzi którzy dotykają twojego serca, jak potrafią tylko nieliczni. Gdzie wówczas lądują wszystkie odbyte rozmowy, powierzone tajemnice, przeżyte zdarzenia? Zmartwiło mnie to tak bardzo, że poczułam czysty wstyd za każdy rozdział, jaki przepuściłam przez palce.
Pozwoliłam jej siebie uściskać i było to tak dziwnie obce w doświadczaniu, a zarazem tak cholernie znajome, że aż dezorientujące.
-Pisałam. Dzwoniłam. Nigdy nie odpowiedziałaś. Myślałam, że...
-Przepadłam? -Dokończyłam jej myśl. -W pewnym sensie tak było.
-Martwiłam się o ciebie jak głupia.
Doskonale było to słychać w jej głosie. Boże, tak się za nią stęskniłam! Po prostu za tym kim była, szczerością i empatią w ludzkiej postaci.
Zaprowadziła mnie do przytulnego zaplecza, odizolowanego od ciekawskich spojrzeń ludzi i wówczas się otworzyłam.
-Przepraszam - to było zaledwie jedno głupie słowo, które zupełnie nie mieściło w sobie wystarczająco dużo żalu, który w sobie nosiłam, ale musiało wystarczyć. -Wiedziałam, że tobie też jest ciężko po utracie Alexa, a cię z tym zostawiłam. Przepraszam.
-Noraa - przeciągnęła. -Nie masz za co przepraszać. Nie mogę cię za to winić, bo obie wiemy, że życie jest nieraz paskudnie trudne i nie sposób jest go utrzymywać cały czas w idealnym stanie. Po prostu nie spodziewałam się, że w jednym czasie stracę dwie najbliższe mi osoby zarazem, ale rozumiem, że musiałaś ruszyć dalej.
-Nie ruszyłam dalej. Nie mogłam, ponieważ tak naprawdę nie miałam gdziekolwiek indziej pójść. Nie chciałam się zmienić, ale to nastąpiło samoistnie. Czasami, po drugiej stronie życia, nie jest to rodzaj życia jaki chcesz. Nie chcesz walczenia samotnie ze swoimi demonami, przypadkowych dat i monotonności, ale nie masz wyboru.
Rozmawiałyśmy tak jeszcze piętnaście minut, a może półtorej godziny, trudno mi określić. Rozmawiałyśmy, jakby wcale nie było żadnej rozłąki i pustej przestrzeni. I wtedy po raz drugi pomyślałam, że może jednak nie wszystko jest jeszcze stracone.
___
Doceń moją pracę. Jeśli Ci się podoba, zostaw gwiazdkę i skomentuj. Dla Ciebie, to moment, a dla mnie będzie to bardzo dużo znaczyło. ♥
YOU ARE READING
Sunrises with Nora
Teen FictionCzasami, po drugiej stronie życia, nie jest to rodzaj życia jaki chcesz. Nie chcesz walczenia samotnie ze swoimi demonami, przypadkowych dat i monotonności, ale nie masz wyboru.
