Przekroczyła bramę. Porywisty wiatr zerwał się, porywając ze sobą jej włosy. Zebrała je kucyk, trzymając w dłoni, gdy wkroczyła na krętą, wydeptaną ścieżkę, z widocznym na jej końcu budynkiem. Czekała na nią jednak chłodna i martwa równina, inna od ostatniej, którą mijała. Żadne drzewa na niej nie rosły. Panowała w niej pustka, a przed ciszą bronił się jedynie donośny wiatr. A wraz z wiatrem zdawały szamotać się pędzone w wirach powietrza dusze — cienkie, niemal bezbarwne, które zostały skazane na wieczną tułaczkę z wichrami.
Jęki i płacze, jakby dzieci, wydobywały się zza wysokich wydm. Kornelia przeszła kawałek, choćby na moment nie wychylając się z wyznaczonej ścieżki, aby przypadkowo nie skazać się na wiecznie towarzystwo tych aktów rozpaczy.
Pierwszego zmarłego napotkała chwilę później. Duch nie zauważył jej. Przyglądał się mknącym wraz z wiatrem duszom, wyciągając ku nim suchą jak wiór dłoń, jakby chciał do nich dołączyć. Wicher pomijał go, pozostawiając na pastwę samotności. Aczkolwiek nie poddał się. Pozostał w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, z błagalnymi prośbami wydobywającymi się ze spierzchniętych ust.
Piasek przesunął się, a wydma znikła, ujawniając porośnięty krótką trawą plac, na którym płakały niemowlęcia. Wokół nie pilnowała ich żadna matka. Samotne maleństwa krzyczały, zwracając uwagę wisielców z sąsiadującego domu. Drzewa pięły się wysoko, a suche gałęzie stopniowo pękały pod ciężarem zwisających z nich ludzi.
Trzasnęły równocześnie.
Zmarli spadli na gołą ziemię, uderzając się głowami, a liny wysunęły spod ich szyi, uciekając na kolejne gałęzie. Pociągnęły ich za sobą, wymierzając samobójczą karę. Błagalnie wystawiali ręce ku chowającym głowy w piach mężczyznom. Niesłusznie skazani, pomyślała Kornelia, spoglądając na nich kątem oka. Nagle rozległ się wojenny krzyk. Bębny zagrały, a wojownicy w złotych napierśnikach rzucili się do boju, przenikając przez kolejkę prowadzącą do wielkiego sądu.
— Kolejna? — spytała zrezygnowana dziewczyna, później zaintrygowało ją co innego. Skoro Charon nie przewoził nikogo, skąd brali się więc ci, których miała przed sobą?
Weszła w sam środek zmarłych, początkowo nie przykuwając niczyj uwagi. Wszystko zmieniło się, gdy minęła starszą panią, latynoskę, która chwyciła w obie dłonie laskę, wykrzykując:
— Stoję tu od kilkunastu dni, nie wpychaj mi się!
Pozostali obrócili się i niedługo potem dołączyli do kobiety, widząc przechodzącą obok nich Kornelię. Zniosła ich obelgi, wrzaski i jeszcze mniej milsze słowa z ogromną dozą cierpliwości. Nie zatrzymała się choćby na chwilę, a tym bardziej nie odpowiedziała na ich oskarżenia. Skierowała się prosto na budowlę. Nie, to nie to, pomyślała, choć nie wiedziała, skąd przybyły te myśli. Minęła połowę kolejki i wtedy ujrzała, co jej umysł pragnął przekazać. Naprzeciw znajdowała się jedynie jedna kolumnada — rząd kolumn połączony ze sobą belkowaniem w stylu jońskim. Zza niego wydobywała się jedynie ciemność. Jeden strażnik stał przez pierwszą z kolumn, czytając z kamiennej tablicy imię zmarłego i zapraszając na drogą stronę konstrukcji. Wątpiła, by znalazła się na tej liście.
— Justin! — wyczytał strażnik.
Wyczytany nie zdążył nawet się poruszyć, gdy naprzeciw niego wyszła Kornelia. Przeprosiła kiwnięciem mężczyznę i ominęła w milczeniu strażnika, który z niedowierzaniem wczytał się w wypisane imiona, poszukując właśnie jej.
— Proszę... Zaczekaj... — zająknął się i zamilkł, a słowa utknęły mu w gardle.
— Ja tylko na chwilę — obwieściła, przechodząc na drugą stronę.
CZYTASZ
[z] Granica Olimpu
Fantasy1. Granica Olimpu [zakończone] "Sztylet, zdolny zabić bogów, zostaje skradziony, Ares morduje Zapomnianą Boginię, a Granica Olimpu staje się niestabilna. Jedynie Penelopa ze swym naznaczeniem jest zdolna naprawić zniszczoną równowagę. Jednak sama dz...
![[z] Granica Olimpu](https://img.wattpad.com/cover/87294627-64-k909527.jpg)