18.

712 43 14
                                        

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po wyjściu z komendy, było wzięcie głębokiego oddechu. Świeże, lekkie powietrze było dokładnie tym, czego potrzebował po tak długim czasie, spędzonym na przysłuchiwaniu się dyskusji czwórki policjantów.

– Czujesz to? – powiedział, rozkładając ramiona. Letnie promienie słońca otuliły jego twarz – Nie cuchnie aż tak spoconym psem!

Gregory parsknął za nim niezrażony komentarzem, po czym ułożył dłoń na łopatce młodszego i lekko popchnął go do przodu.

– Nie przesadzaj. Nie było aż tak źle.

Właśnie zakończyli spotkanie odnośnie do wieczornej akcji. Kierowali się w stronę przedniego parkingu, na którym pozostawili samochód.

– Może dla ciebie. Słuchanie was to tortury.

– Nikt cię nie torturował. – Montanha łypnął w jego stronę. Przymrużył nieco oczy.

– Powinniście to dodać do opcji jak macie trudnego aresztowanego. Wygadałby się tylko by nie musieć już was słuchać.

– Ciekawe, jakby to miało niby wyglądać?

Młodszy wzruszył ramionami.

– To już nie mój problem. – mruknął, po czym wsiadł na miejsce pasażera. – Nie mogę za was robić wszystkiego.

Gregory przewrócił oczami, a następnie dołączył do niego, rozsiadając się na miejscu kierowcy.

– To co, szpital? – spytał, gdy wycofał i dołączył się do ruchu drogowego. Zadowolenie na twarzy pastora, wywołane klimatyzacją uszło miejscu grymasowi. Zmarszczył brwi. Ekspresja, jaką przybrał, mówiła sama za siebie. Nie był zadowolony. Ale to nie on prowadził, więc jedyne co mógł zrobić to zacząć narzekać.

– Mówiłem, że nie trzeba. Chodzę i nie krwawię, to najważniejsze.

– Powinieneś.

Erwin wyciągnął z kieszeni swój telefon i szybko zaczął coś wpisywać w przeglądarkę. Chwilę później z triumfem w oczach spojrzał na policjanta.

– „W większości przypadków opatrunek rany szytej powinien być zmieniany co 24 do 48 godzin”. I co kurwa? Nie trzeba! Pierdol się! – wystawił w jego stronę środkowy palec.

Montanha pokręcił głową.

– Chciałem, aby prawdziwy lekarz spojrzał na szwy i stwierdził czy są dobrze wykonane. Ale jak se chcesz. W takim razie jak szpital odpada, to pokażesz mi, gdzie jest ten klub.

Radość z wygranej trwała dość krótko. Wydął usta, pozwalając myślom przejąć władzę. Był w tym klubie na czyjeś zaproszenie. Tak nieistotne i bezwartościowe, że już nawet nie pamięta twarzy osoby, z którą wtedy rozmawiał, przy jednym ze stolików sekcji VIP. Temat również musiał być mało interesujący, niewart inwestycji, czasu ani pieniędzy, skoro go nie pamiętał.

– Jedź w stronę Pacifica.

Nie pamiętał adresu, to było pewne. Ale miał cichą nadzieję, że jak znajdzie się w okolicy, to może pobudzony wspomnieniami umysł odnajdzie drogę samoistnie. W końcu przecież byłoby to dość niezręczne, aby wszystkie ich starania poszły w błoto, tylko dlatego, że tak mu się wtedy nudziło, że nawet nie chciało mu się zapisać w pamięci miejsca, w którym spędził kilka godzin.

– Jak tam jest?

Głos szatyna wyrwał go z własnych myśli.

– Głośno i duszno.

To był jeden z powodów, dla których nie lubił uczęszczać do klubów. Gdy reszta się świetnie bawiła, wygłupiając się, pijąc alkohol i tańcząc, on walczył z przebodźcowniem. Muzyka o różnym tempie nie była jeszcze taka zła sama w sobie. Często nawet wolał posłuchać czegoś, co mogłoby się wydawać zbyt chaotyczne dla normalnego człowieka. Ale w połączeniu z kolorowymi światłami, migającymi w dowolnych kierunkach, masą chaotycznych ludzi, alkoholem i innymi używkami bywała prawdziwą zmorą, zwłaszcza po aktywnym dniu, gdy zdążył już wypalić nadmiar energii.

Deal || Morwin - PRZERWA Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz