Katie niepewnie przekroczyła próg drzwi wejściowych szpitala, a gorące i duszne powietrze od razu uderzyło w nią z pełną siłą. Przyzwyczajenie się do tych warunków zajęło jej kilka minut, podczas których czekała ze swoją mamą w poczekalni. Dzisiaj miała mieć badania kontrolne, które miały stwierdzić, czy jej stan się nie pogarsza. Obawiała się ich, a tak dokładniej to wyniku. Wiedziała, że jeśli okaże się, że ma przerzuty, to będzie oznaczało czwarte stadium, a z niego nie ma już powrotu, i jakiekolwiek leczenie jest jedynie kwestią przedłużania jej życia o kilka chwil, a nie szansą na wyzdrowienie. Chociaż spodziewała się, że to nadejdzie w pewnym momencie, miała ogromną nadzieję, że to nie będzie jeszcze teraz. Teraz, kiedy jej życie stało się chociaż trochę weselsze, kiedy miała Louisa, kiedy od jakiegoś czasu czuła się trochę lepiej. Wierzyła, że mniejsza ilość wypadających włosów jest znakiem stabilności jej choroby, a nie jej pogorszenia. A przynajmniej bardzo chciała w to wierzyć, więc powtarzała to sobie od kilku dni, aby nastawić się pozytywnie. Teraz jednak, kiedy stała przed drzwiami gabinetu lekarza, niemal drżała ze strachu. Jej świadomość mogła utrzymywać ją przy nadziei, ale podświadome, zakorzenione przekonania krzyczały, że zostało jej niewiele czasu. Toczyła z nimi walkę, będąc świadoma każdej minionej sekundy w tym białym budynku.
– Katie Turner – usłyszała głos, który tak gwałtownie wyrwał ją z jej myśli, że niemal nie podskoczyła. Spojrzała na mężczyznę w białym, starym fartuchu lekarskim, i zgarbiona, powoli ruszyła za nim razem ze swoją mamą. Dorosła kobieta zamknęła za nimi drzwi, odcinając jedyną możliwą drogę ucieczki. Teraz już nie było możliwości odłożyć to w czasie.
Lekarz jak zwykle był nieuprzejmy. Zadawał pytania bezuczuciowym tonem, i ignorował uprzejme odpowiedzi jej mamy, tak jakby były w ogóle nieistotne w tej sytuacji. Co jakiś czas klikał coś na klawiaturze. W końcu zaprosił brunetkę na konkretne badania. Przez dwie kolejne godziny przemieszczała się ona pomiędzy kolejnymi salami, mijając kolejne pielęgniarki i lekarzy. Na szczęście nie wszyscy z nich wyglądali jakby byli tu za karę - niektórzy się nawet do niej uśmiechnęli. Mimo to czuła się zmęczona depresyjną aurą tego miejsca i pragnęła wrócić do domu, do swojego łóżka. Niestety musiała jeszcze raz wrócić do pierwszego lekarza na konsultację, podczas której miał wydać werdykt odnośnie jej stanu zdrowia.
– Nie możesz pójść tam sama? – jęknęła do swojej mamy, licząc, że pozwoli jej zostać na korytarzu. Kobieta jednak nie miała zamiaru się zgodzić. Wiedziała, że nie będzie umiała przekazać swojej córce złych wieści, gdyby właśnie takie miały one być. Poza tym, sama była równie zestresowana. Chciała wierzyć, że lekarz będzie miał dobre informacje, ale było to ciężkie kiedy stan jej córki był coraz gorszy z każdą wizytą.
– Jesteś na ostatniej prostej, nie poddawaj się.
Zachęciła ją z ciepłym i spokojnym uśmiechem, chociaż nie oddawał on jej prawdziwych emocji. Nastolatka po raz kolejny jęknęła cierpiętniczo. Poszła jednak za swoją rodzicielką, która już pukała w drzwi gabinetu. Słysząc zachętę do wejścia nacisnęła klamkę.
– Mam dobre wieści – oznajmił lekarz, a na jego twarzy zajaśniał delikatny uśmiech. Katie pierwszy raz widziała, żeby się uśmiechał, więc nadzieja zalała jej serce gwałtownie i nagle. Serce zaczęło bić jej szybciej, a mięśnie napięły się z adrenaliny – Stan pani córki się nie pogarsza.
Mama dziewczyny uśmiechnęła się szeroko, wypuszczając powietrze z ulgą. To faktycznie była dobra informacja.
– Ostatnio dostaliśmy propozycje uczestnictwa w specjalnym projekcie, który dofinansowuje leczenie osób chorych na nowotwory, i pomaga im powrócić do zdrowia. Skoro pani córka jest jeszcze w trzecim stadium, jest dla niej ciągle szansa na leczenie. Mogę ją zapisać do programu.
CZYTASZ
Bukiet stokrotek
Teen FictionI pamiętam, kiedy pierwszy raz mi je dałeś. Stokrotki. Te same, które później ubrudziłam swoją krwią, a jeszcze później wysuszyłam w książce, aby wspomnienia o nich zostały ze mną już na zawsze. A wiesz co jest najpiękniejsze w tej historii? Że nie...
