rozdział 7

363 22 0
                                    

- Ten, vato, od dostaw jest niezły. - mruknęła Gonzales obserwując faceta, który napinając wszystkie swoje mięśnie wyładowywał wielkie pudła z jedzeniem. Siedziałyśmy na dworze od strony kuchni, ponieważ Flaca zaczęła pracować jako "kucharka". 

- Zagadaj. - prychnęła Miller, a brunetka przewróciła oczami.

- Pomyśli, że jestem tonta. - westchnęła, a blondynka uniosła wyżej brwi.

- Jeśli będziesz mówić w ten sposób to na pewno tak pomyśli. - powiedziała wywołując u dziewczyny zdenerwowanie. - Idę do siebie. Zamulacie.

- Tak, idź. - fuknęła Latynoska. Miller prychnęła i przeszła kuchnią do reszty budynku. 

- Serio powinnaś zagadać. - powiedziałam, a dziewczyna poprawiła swoje długie włosy.

- I co sobie pomyśli? Że chica z więzienia będzie mu żoną? 

 Parsknęłam na jej wypowiedź i wstałam z betonowego klocka, na którym siedziałam. 

- Idę biegać. Dołączysz?

- Nie. - westchnęła, a ja kiwnęłam głową i dworem ruszyłam w stronę pola do biegania. 

 Wiatr rozwiał moje włosy, gdy zaczęłam biec po dużym kole. Za ogrodzeniem widziałam wysokie drzewa, które zakrywały całe miasto, które było gdzieś w oddali. Zastanawiałam się, co robiła teraz moja siostra lub Jake. Wierzyłam, że on poczeka aż stąd wyjdę, ale z drugiej strony nasza relacja nigdy nie była aż tak rozwinięta, żeby ten dwudziestopięciolatek miał na mnie czekać jak na żonę z dwudziestoletniego małżeństwa. Czytałam o związkach, które przetrwały więzienie, ale zazwyczaj ostatecznie ulegały one końcowi. 

 Usłyszałam głośne krzyki i śmiechy pod altaną koło, której biegałam. Zobaczyłam, jak Rose i jakaś potężna kobieta siłują się na ręce na wysokim stoliku. Zawiesiłam wzrok na szatynce, której mięśnie napinały się przy tym wysiłku, nie przestając biec. Gdy wygrała potknęłam się o wystający korzeń i runęłam na ziemię.

- Cholera. - jęknęłam czując ból na prawym biodrze i nodze. Przewróciłam się na bok i usiadłam. Podniosłam nogawkę dresów i westchnęłam widząc duże otarcie na moim kolanie. - Czy to jest pieprzony żart? 

 Zwróciłam wzrok na Rose, która patrzyła na mnie z rozbawioną miną. 

- Osadzona, wstawaj. Zawalasz drogę. - warknął strażnik, którego wcześniej nie widziałam.

- Nie widzi pan, że się przewróciłam?

- Chcesz mieć zranioną drugą nogę? - spytał, a ja pokręciłam głową i chwiejnie się podniosłam. Kuśtykając doszłam do jednej z ławek. Usiadłam i zamknęłam oczy. Przejechałam dłońmi po twarzy, po czym westchnęłam i rozejrzałam się po placu. 

 Byłam zmęczona. Powoli poszłam do swojej celi, wzięłam ręcznik i płyn, i zahaczyłam o sklep, w którym kupiłam tępą maszynkę do golenia. Łazienka była pusta, więc w spokoju weszłam pod prysznic z zasłonką i zajęłam się goleniem całego ciała po ponadtygodniowym zapuszczeniu go. Myślałam, że maszynki są niedozwolone. Gdy skończyłam przebrałam się z powrotem w uniform i poszłam za ścianę do umywalek. Przetarłam lustro i westchnęłam patrząc na swoją twarz. Blada i bez życia. 

 Po chwili koło mojej twarzy pojawiła się druga osoba. Rose przerzuciła moje włosy na drugie ramię i uśmiechnęła się przejeżdżając dłońmi po mojej szyi. Zadrżałam, a mój oddech przyspieszył.

- Przewróciłaś się dziś. Patrząc na mnie. - uśmiechnęła się, a ja zdecydowanie pokręciłam głową. - Nie udawaj.

- Potknęłam się.

prison love I ruby roseOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz