Rozdział 4 - Inteligentny

50 8 7
                                        

- Patrz, tutaj trzeba to do siebie dodać, to odjąć od tego, a następnie z tego wyliczyć x. - mówił, sunąc palcem po pojedynczych liczbach, zapisanych na kartce papieru. 

- Nic z tego nie rozumiem. Jestem za głupi na to. - sapnąłem nerwowo, rzucając długopisem w dywan, który odbił się od niego, upadając pod drzwiami. 

Siedzieliśmy na dużym, jasnym i miękkim dywanie, w jego pokoju. Robiąc te głupie zadania, z których dnia kolejnego miała być kartkówka. Nie rozumiałem nic, a nic. Nie potrafiłem sobie tego przyswoić, byłem bardzo oporny na wiedzę.

- Posłuchaj, jeszcze raz. Sam nie jestem zbyt inteligentny. - powiedział, łapiąc moją dłoń. - To musisz do siebie dodać, żeby wiedzieć ile całkowicie to będzie, podstawa do dalszych działań… - powiedział spokojnie, sunąc moim palcem po kartce. -... kolejno musisz odjąć to co już wiemy od całości, żeby uzyskać cześć tego danego elementu… - powtórzył, sunąć wciąż moją dłonią po papierze. -... jak mamy już obliczony ten dany element i znamy jego liczbę, musimy wyliczyć z tego ten x. - sapnął, puszczając moją dłoń, włożył palce w moje włosy, delikatnie je czochrając. 

- Nadal nie rozumiem. To jest bez sensu, kto to w ogóle wymyślił… - prychnąłem zawiedziony własną inteligencją, ponownie rzuciłem długopisem, który również odbił się od dywanu, jednak tym razem trafiając mnie prosto w oko. - Cudownie, nie dość, że głupi to jeszcze pechowy! - krzyknąłem nieco głośniej, łapiąc się za oko. 

Chłopak natychmiast oderwał się od książki, przesuwając ją błyskawicznie w bok i przysunął się do mnie. Wstał delikatnie z kucek i nachylił się nade mną. 

- Pokaż. - powiedział lekko zdenerwowany, zsuwając moją dłoń z oka. Pomrugałem parę razy, by po chwili poczuć spływające łzy po policzku. Szczypało mnie nieco, ale tragedi nie było. Od zawsze byłem ofiarą losu. - Harry, mocno się dźgnąłeś, bo krwinki ci popękały. Widzisz? - zapytał, machając dłonią przed moją twarzą. Pokiwałem na znak głową, mimo że widziałem średnio, łzy wszystko rozmazywały. Szybko ułożył swoją rękę na moim policzku i zaczął ścierać kciukiem krople, które jak na zawołanie przestawały lecieć, zostawiając idealny widok na jego twarz. 

- Najwyżej będę robił za kapitana Haka. - zaśmiałem się, a chwilę powoli zacząłem otwierać szerzej oko. Zobaczyłem w całej okazałości Louisa, który klęczał przede mną, a moje policzki momentalnie zrobiły się różowe. 

- Jesteś uroczy i taki zabawny. - zachichotał błękitnooki, wciąż przyglądając się temu jednemu oku, czy oby na pewno wszystko w porządku. Jego chłodna dłoń na moim policzku, przyjemnie łagodziła wypieki, które wkradły się niespodziewanie. 

- Jestem głupi, to na pewno. - sapnąłem, kręcąc nieporadnie głową na boki. 

- Nie prawda, jesteś wyjątkowy. Uwierz, w końcu w siebie, skarbie. - uśmiechnął się, gładząc mój policzek. 

Nagle przeniósł swój wzrok nieco niżej. Spiąłem się strasznie. Czułem się jak sparaliżowany, nawet jego kciuk gładzący mój policzek nie pomagał. 

- Harry? - zapytał nagle, ciężkim oddechem, unosząc swój wzrok wprost na moje tęczówki. 

- Tak? - zapytałem, niepewny co się stało, czy zrobiłem coś złego. 

- Czy mógłbym… - sapnął zdenerwowany, po czym momentalnie oderwał się ode mnie, zostawiając pustkę na moim policzku. -... ugh, nieważne. Wróćmy do zadania. - uśmiechnął się nieswojo, jak nie on, chwytając od razu w dłonie książkę. Ostrożnie przysunąłem się do niego, zabierając mu podręcznik i odsuwając ponownie na bok. Uniósł niepewnie swój wzrok zawzięcie o czymś rozmyślając, widziałem to w jego oczach. Mózg o mało co mu nie eksplodował. 

- Możesz. - powiedziałem cicho, ledwo wypowiadając jedno pozornie zwykłe słowo, które w tamtym momencie było moim być, albo nie być. Spojrzał się na mnie niepewnie, nerwowo wypuszczając powietrze z płuc i przysunął się ponownie. Położył swoją dłoń na moim policzku, a ja delikatnie sapnąłem na to uczucie, przez co się uśmiechnął. Mógłbym przysiąc, że słyszałem jego bicie serca, które tak równomiernie zgrywało się z tym moim. Błękitne tęczówki momentalnie okryły się płaszczem rzęs, a twarz podążała w moim kierunku, będąc coraz bliżej i bliżej. 

Subtelne zetknięcie warg, jego usta na moich, faktura na fakturze, były wszystkim czego pragnąłem. Czułem tak wiele, wiedząc tak niewiele. Umieściłem swoje dłonie w jego pasie, przysuwając go tym gestem bliżej swojego ciała. Pocałunek z delikatnego niczym piórko, zaczął zamieniać się w coś głębszego, coś gorącego, piekielnie gorącego. Usiadł na moich kolanach, oplatając mnie nogami w pasie. Był tak strasznie blisko, będąc tak bardzo dostępny dla mnie.

Czułem, że mogłem umierać. Nie trzeba było mi nic więcej, by w pełni przeżyć życie. Wystarczyły jego małe usta, ciało, które wręcz przyklejone do tego mojego, podążało za moimi oddechami, dając mi całego siebie. 

Forever || LarryOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz