- I co teraz zrobisz, Harold? Nie ma dziś twojego Louisa przy Tobie. - sapnął dużo wyższy chłopak tuż nad moją głową, przyparł mnie do ściany w kącie, zaciskając dłoń w pięść, która następnie przysunął do mojej twarzy.
- Zostaw mnie, proszę. Nic nie zrobiłem. - szepnąłem na skraju rozpaczy, głos mi się trząsł, a serce łomotało z nerwów. Żołądek nerwowo zacisnął się w mały supełek, przez co zacząłem szybciej oddychać, nienawidziłem tego jak słaby byłem.
- Zrobiłeś i to dużo. Louis nie powinien kolegować się z kimś takim jak Ty. - powiedział, rozluźniając pięść i wciskając palec w moją klatkę. - Mógł być z nami w grupie, a ty sobie go przygarnąłeś. Co z nim zrobiłeś? Nie wygląda na taką ciotę jak Ty. - zaczął, po czym wpadał w gromki śmiech, wciskając palec coraz mocniej w moją klatkę. Zaczęło mnie to boleć, naprawdę mocno. Syknąłem z bólu, na co popatrzył na mnie z politowaniem i odsunął się.
- Nie waż się nawet mu o tym wspomnieć. Pewnie już żałuję, że spotkał kogoś takiego jak Ty. - prychnął, odchodząc ode mnie, osunąłem się po ścianie do przykucu, chowając głowę w kolanach. Czułem się bezsilny, bez niego nadal to robili, niszczyli mnie.
To był dzień, w którym nie było go po raz pierwszy od dnia, w którym zjawił się w murach szkoły. Czułem od rana nieopisany niepokój, który okazał się słuszny. Myślałem, że gdy Louis pojawił się w moim życiu, wszystko się ułoży, ale to zaczęło wracać ponownie, gdy tylko nie było go obok.
Nie powiedziałem mu, nie mogłem, bałem się. Czułem, że Mathew może mieć rację. Z tamtym dniem zacząłem bać się, że Louis żałuję, że mnie poznał, bo ja zamknąłem mu drogę do bycia w paczce.
Bałem się, że go stracę.
Bez niego, nigdy nie było mnie.
Tuż po zajęciach, udałem się do niego. Deszcz padał niesamowicie, zalewając uliczki Londynu, wszędzie było szaro, delikatna mgła unosiła się w powietrzu. Pogoda idealnie odzwierciedlała mój humor. Strugi deszczu moczyły moje loki, które coraz bardziej się rozprostowywały, pod naciskiem kropel. Szedłem chodnikiem, mając w oczach łzy. Ciężkie oddechy, ból w klatce piersiowej i to uczucie pustki. Potrzebowałem go, miałem nadzieję, że on potrzebuje mnie także.
Wstąpiłem po drodze do cukierni, kupując mu dwa croissanty z czekoladą, które tak uwielbiał. Ściskając w dłoniach małe, białe pudełeczko pobiegłem prosto do jego domu, mieszczącego się jedną ulice dalej.
- Dzień dobry. Przyszedłem odwiedzić Louisa. - powiedziałem szybko, gdy tylko drzwi uchyliła mi jego mama, natychmiast wpuszczając mnie do środka.
- Wejdź kochanie, nie masz parasolki? Strasznie leje na zewnątrz. - sapnela troskliwie kobieta, zabierając ode mnie kurtkę, przekochana osoba.
- Zapomniałem. - uśmiechnąłem się nikle, ściskając w dłoniach pudełeczko. Kobieta uśmiechnęła się szczerze i klepiąc mnie po plecach, zaprosiła na górę.
Wszedłem po schodach, próbując utrzymać nerwy na wodzy. Powtarzałem sobie, że będzie dobrze, że to nic takiego. Gdy nagle ujrzałem go, skulone w rogu łóżka, przykrytego kocem po sam czubek nosa, wszelkie moje problemy odeszły na bok.
Miał delikatnie czerwony nosek, szklane oczy i się trząsł, trzymając w dłoniach parujący napój. Gdy mnie ujrzał, kącik jego ust delikatnie drgnął do góry. Odstawił swój kubek na stolik obok łóżka. Podszedłem do niego i usiadłem, wyciągając przed siebie pudełko, które było nieco zroszone deszczem.
- Cześć Lou, przyniosłem Ci coś. Mam nadzieję, że to poprawi Ci trochę humor. - powiedziałem cicho, spoglądając w poszarzałe tęczówki chłopaka.
- Hej Hazz, zarazisz się ode mnie. Nie chcę, żebyś i Ty był chory. - sapnął przez nos, kaszląc delikatnie po ostatnim słowie. Chciałem być chory, chciałem przejąć jego złe samopoczucie, nie zasługiwał na to. Chciałem zabrać od niego ból w każdej postaci.
- Nic mi nie będzie. - powiedziałem spokojnie, kiwając głową w kierunku pudełka, które ściskał w swych dłoniach. - Otwórz. - dodałem, kiwając głową.
- Croissanty. - powiedział, a jego oczy delikatnie zamigotały z radości, uśmiech pojawił się diametralnie, rozjaśniając jego także poszarzałą cerę. - Dziękuję, jesteś kochany. Jak było w szkole? - zapytał, wkładając kawałek rogalika do buzi, po czym podał mi pudełko, każąc wziąć sobie drugiego, dla towarzystwa.
- Dobrze. - powiedziałem z pełną buzią, na co zachichotał. Kochałem jego śmiech, te małe rzeczy, którymi mnie obdarowywał.
- Lubię twoje dołeczki, są urocze. - powiedział z delikatną chrypką w głosie, przysuwając ostrożnie palec i wkładając go w zagłębienie w mojej twarzy. - A teraz naprawdę, co się stało? Widzę, że coś się dzieje, jesteś jakiś inny. - szepnął cicho, zabierając dłoń i włożył do buzi ostatni kawałek rogala, po czym złapał mnie za dłoń. Odłożyłem pudełko na szafkę obok i przysunąłem się do chłopaka jeszcze bliżej, stykając się z nim ramionem, zaciskając mocniej palce na jego dłoni. On wiedział, zawsze wiedział.
- Po prostu było mi smutno, że byłem tam sam. Nie lubię, gdy Cię nie ma w pobliżu, Lou. - stwierdziłem, a łzy momentalnie pojawiły się na moich policzkach, płynąć cieniutką strużką wzdłuż nich.
- Oh, Hazz, skarbie. Daj mi jeszcze dwa dni. Stanę na nogi i będę przy Tobie, obiecuję. No już... nie płacz. - powiedział, puszczając moją dłoń, by przenieść ją na plecy, kojąco gładząc kolistymi ruchami, a to sprawiło, że chciałem go przytulić. Nie czekałem zbyt długo, gdy na czterech pod wpływem impulsu wdrapałem się pod kołdrę, na jego kolana i wtuliłem się w jego klatkę. Włożył subtelnie dłoń w moje loki, delikatnie masując skórę głowy. Czułem się jak w domu, byłem spokojny.
On zawsze się mną opiekował, sprawiał, że czułem się lepiej. Wszystkie rzeczy, które robił działały na mnie uspokajająco, a najbardziej to, że w ogóle istniał.
CZYTASZ
Forever || Larry
FanfictionNa kartach papieru pisane życie, tak ulotne, tak delikatne. Gdy oddajesz komuś całe serce, a on znika. Pozostawia pustkę, a uczucia, które nurtują Cię w nocy przelewasz na szare kartki pamiętnika. Wspomnienia wracają, uśmiech zaciera się z łzami...
