Rozdział 6.

36 4 6
                                        

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem i z wielką chęcią nigdy bym więcej nie zobaczył. Sękata kora i rozmiar nie pozostawiały wątpliwości – to coś było tak naprawdę tamtym drzewem, tym cholernym pniakiem z pola bitwy. Teraz jednak część jego pnia przekształciła się w zaczątki ramion i nóg, dokończonych za pomocą gałęzi oraz korzeni. Na samym szczycie, w czymś przypominającym kosz ze splątanych konarów, siedział Darcel. Coś się jednak zmieniło – niegdysiejszemu myśliwemu z oczodołów wyrastały dwa kwiatki, a pod nimi widziałem uśmiech.

Świetnie. Mój pracodawca okazał się roślinnym wariatem, który chciał mnie zabić przy użyciu potwornego drzewa. Na dokładkę to coś wznosiło się znacznie wyżej od naszego kolegi Wyjca, który właśnie wybiegł zza osłony drzew.

W głębi serca żywiłem nadzieję, że zaraz rzucą się na siebie, poszarpią się wzajemnie, a ja dobiję zwycięzcę i zgarnę chwałę. Ale nie, tak zabawnie być nie mogło. Wyjec widocznie rozpoznawał to drzewo. Chyba nie widział w nim zagrożenia, bo zaraz rzucił się na mnie.

Nadal otępiały, rozpadłem się w dym niemal w ostatnim momencie. W ten sposób mogłem poruszać się trochę szybciej i swobodniej. Zmaterializowawszy się na łbie Wyjca, próbowałem wbić końce mojego płaszcza w oczy paskudy. Prawie trafiłem, ale usłyszałem świst powietrza z prawej. Cofnąłem moje odzienie i utworzyłem z niego pancerz dookoła siebie.

Uderzenie, które odczułem, można całkiem trafnie przyrównać do walącego się na mnie budynku. Gdybym trzymał płaszcz trochę bliżej ciała, zapewne zmiażdżyłoby mi żebra i zmieniło w krwistą zupę. Na szczęście skończyło się tylko na tym, że poleciałem kilka metrów w powietrzu, zanim zdołałem przeobrazić się w dym i bezpiecznie przenieść z dala od moich obu przesadnie silnych przeciwników.

Niestety, uprzejmość wśród potworów oraz nadmiernie ruchawych roślin należała chyba do rzeczy zapomnianych. Zamiast grzecznie poczekać, aż wstanę i dam się obić jak cywilizowanym istotom, to już po chwili próbowały mnie dorwać.

Pierwszy dotarł Wyjec, doskakując do mnie w ten swój dziwny sposób. Ledwie stanąłem na nogi, a już musiałem unikać stratowania i rozszarpania. Tylko moja oszukana zwinność zdołała uratować mnie przed losem nowej przekąski. Oczywiście obie paskudy były na tyle mądre, żeby gnać mnie wzajemnie w swoje łapska. Z trudem uciekłem przed drzewem, ale na szczęście udało mi się odsunąć od obu. Stałem za jednym z moich wspaniałych słupów. Gdy Wyjec się zbliżył, roztrzaskałem skałę płaszczem i rozpadłem się w chmurę dymu.

Po raz pierwszy od początku walki udało mi się coś zdziałać. Spora część odłamków po prostu odbiła się od futra, nie czyniąc poczwarze żadnej szkody, jednak kilku udało wbić się głęboko w ciało. Stwór warknął, bo wycie odpuścił sobie już od kiedy zaczął mnie ścigać. Bardzo dobrze, bo działanie wywaru najwyraźniej już minęło. Przeszło mi przez myśl, że to mogło mieć coś wspólnego z obecnością Darcela, ale z tych zamysłów wyrwało mnie kolejne natarcie.

Z każdym kolejnym atakiem coraz ciężej dyszałem, a moje płuca zaczynały płonąć. Gdyby chodziło o zwykłą walkę pewnie dałbym sobie radę, aż tak źle ze mną nie jest. Niestety, ciągły ruch i używanie magii wyczerpywało mnie wyjątkowo szybko. Poza tym jednym drobnym atakiem nie zbliżyłem się do zwycięstwa ani na krok. Za to moi przeciwnicy zdawali się w jak najlepszej kondycji.

Kiedy patrzyłem, jak znowu ku mnie zmierzają, wpadł mi do głowy pewien pomysł. Całkowicie głupi i szalony pomysł, bez pewnej szansy powodzenia. Dokładnie taki, jakiego potrzebowałem.

Vormend jak dotąd siedział cicho, zapewne nie chcąc wyprowadzać mnie ze skupienia. Albo może podświadomie go wyciszyłem. Ważne, że teraz nie omieszkał się odezwać.

Ogrody UmarłychOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz