Rozdział 4.

5 2 1
                                        

Pierwsza lekcja to była...matematyka. Koszmar uczniów, strach i żądza samobójstwa. A potocznie nazywana przez uczniów Matmą.
Nikt nie lubił matmy, a dlaczego? Ponieważ mieliśmy tą nauczycielkę...panią Owens, jest najsurowższa ze wszystkich nauczycieli. Nikt jej nie lubił.
- Uczniowie obowiązują nowe zasady! Nie wolno rozmawiać to każdy powinien wiedzieć, pisać, grać w papierosa, malować się ani ubierać szpilek do szkoły!
My z tym nie mieliśmy problemu, ale za to paczka kurdupli miała duży problem.
Jack pofarbowała sobie włosy na różowo jak Friz i dostał karę na 3 tygodnie,  Abi, Klara i Ari miały opcasy były pomalowane że trudno było zauważyć różnice między nimi a ścianą. Karahi miał pofarbowane włosy na zielono, chłopaki mieli wcześniej brązowe włosy a nasza nauczycielka nienawidzi farbowanych włosów.
Podeszła do paczki która siedziała w dwóch żędach.
- Wy, chłopcy macie karę, przez miesiąc szorujecie podłogi za pana woźnego. A wy 3 młode damy macie karę na 2 miesiące, będziecie czyścić kible w całej szkole. Byłam uradowana bo ich szczerze nienawidziłam.
- Proszę pani?- spytała Ana która siedziała niestety obok ławki Ani.
- Co!?
- Może pani używać antyperspirantu?    
Strasznie od pani jedzie.
- Uwaga i do dyrektora!
To było śmieszne choć żal mi było Any.
- Idę.- powiedziałam wstając z ławki.
- Dokąd lekcja się nie skończyła!
- Ale se idę bo mam panią gdzieś, można by uznać że jest pani chora psychicznie a patrząc na pani akta policyjne widziałam że była pani w psychiatryku. Dowodzenia.
I wyszłam z klasy. Ana czekała na mnie w korytarzu razem z Makiem i Jeyem.
- No tak się urywa z lekcji. A matki nie będą złe. Bo mam wytłumaczenia a raczej przyjaciela.
- Dobra choć cię zagramy.- powiedział Jey.
- No jasne.- odpowiedział Mik.
Poszliśmy na szkolne podwórko. Piękna trawa, drzewa i fontanna.
- Siąćmy przy tym dębie.
- No spoko.
Usiedliśmy przy dębie.
Ja wyciągłam butelkę z cocakoli jeszcze pełną.
- Spoko zaraz jej nie będzie.
- Wylejesz ją Bleck?- spytał Mik.
- Nie- zaczęłam pić duszkiem i skończyłam.
- Wow nie znam nikogo kto wypił dużą butelkę coli duszkiem ale nie ważne, kręcę!- powiedziała Ana.
Ana zakręciła i wypadło na Mika.
- Prawda czy wyzwanie?
- Wyz-...emm nie... prawda.
- Ile w życiu miałeś chłopaków?
-... jednego. Kręcę!
Mik zakręcił i wypadło na mnie.
- Prawda czy wyzwanie?
- Wyzwanie.
- Hmm...pobij się z Jeyem.
- Nie ma mowy! Ona mnie zabije!- krzykł Jey.
- Nie przesadzaj.- powiedział Mik.
Już byliśmy ustawieni do walki. Mimo że Jey miał metr osiemdziesiątych a ja metr czterdzieści trzy ( fakt niska jest, ale uwierzcie moja ciocia ma metr pięćdziesiąt.) to i tak byłam silniejsza i umiałam się bić, dlatego wszyscy mówią na mnie Bleck Wolf. Nie którzy przynajmniej.
- Uwaga! Walczyć!- krzykła Ana.
Jey uderzyć chce mnie w głowę robię unik i ja w boje w jego tors on pada na ziemię. Wstaje i ustawia się do nastépnwgo ciosu, udzerzam go nogą w jaja, przeskakuje nad nim głową w dół, chwytam go rękę i przerwałam na drugą stronę i wygrałam.
- Ałć nigdy więcej...
- XD.- powiedziałam.
- Tak! Dajesz Bleck Wolf!

HEY TO NA DZIŚ TYLE. BO NIE MAM ZA DUŻO POMYSŁÓW. ALE I TAL DZIĘKUJE ŻE CZYTACIE MOJE KSIĄŻKI.

Sposób na HejteraOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz