Celeste - Strange
Z oddali usłyszałem jakąś krzątaninę. Niechętnie otworzyłem oczy i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Zorientowałem się, że wczoraj nie wróciłem do swojego mieszkania, tylko zostałem u Haniulów. Podniosłem się z niewygodnej sofy i przeciągnąłem się, żeby uśmierzyć ból w plecach.
- O dzień dobry! - przywitał mnie Świeży, wchodzący do salonu. - Dobrze się spało?
- Hej. - powiedziałem zaspany. - Średnio, macie cholernie niewygodną sofę. - wychrypiałem.
- Mówiłem ci wczoraj, żebyś kładł się z Patrykiem w sypialni, a ja bym tu spał. - chłopak zajrzał do lodówki i wyciągnął jajka. - Masz ochotę na omlet?
- Wczoraj było mi obojętne, gdzie będę spał. - ziewnąłem. - Może być, zjem wszystko, co mi zrobisz. - podniosłem się i zacząłem ogarniać kanapę. - Patryk jeszcze śpi?
- Nie. Wyszedł jakieś piętnaście minut temu. Musiał wrócić do domu przed nagrywkami. - wyprostowałem się i spojrzałem na plecy Świeżego.
- Czemu mnie nie obudziliście? Zabrałabym się z nim do domu. - nie chciałem robić Bartkowi problemu, zostając na śniadanie, już i tak nadużyłem jego gościnności, nocując u niego.
- Śpieszył się i nie zdążyłby odwieźć cię oraz zrobić tego, co miał zaplanowane, a ty tak słodko spałeś, że nie mieliśmy serca, żeby cię budzić. - był jakiś dziwny, miałem wrażenie, że nie do końca odpowiada mu moje towarzystwo. Przez chwilę zastanawiałem się, czy może nie wrócić do siebie, ale zdecydowałem się zostać, bo dawno przebywałem z nim sam na sam.
Bartek zaczął przygotowywać śniadanie, a ja wróciłem do sprzątania bałaganu z wczorajszego wieczoru. Gdy salon wyglądał tak, jak go zastaliśmy, udałem się do łazienki, żeby chociaż trochę doprowadzić się do porządku.
- Na pralce masz ręcznik i zapasową szczoteczkę do zębów! - usłyszałem krzyk Świeżego.
Zdziwiłem się, bo kto do cholery trzyma u siebie w domu zapasową szczoteczkę? Mogłem się tego spodziewać tylko po Hani, no i może Faustynie. Obie miały dziwnego pierdolca na punkcie pewnych spraw i chyba to je łączyło. Wziąłem szybki prysznic i umyłem zęby. Postanowiłem wysępić od Bartka czyste ubrania. Owinąłem się w pasie ręcznikiem i wyszedłem z łazienki.
- Chodź jeść. - zawołał.
- A dasz mi coś do ubrania? - spytałem, wchodząc do salonu.
- Boże, wygładzają jak sierota. - zaśmiał się, wstając od stołu. Podszedł do jednej z szaf i wyciągnął t-shirt Genzie i czarne jeansy. - Może być? - podał mi ciuchy.
- Może być. Dziękuje ci bardzo. - skinąłem głową. Ponownie zniknąłem za drzwiami łazienki.
- Pośpiesz się, bo wystygnie! - w ekspresowym tempie ubrałem się i udałem się z powrotem do salonu. Usiadłem obok Bartka, delektując się zapachem omletu.
- Smacznego. - wpakowałem do buzi pierwszy kęs. - Boże tęskniłem za twoimi śniadaniami. - rozmarzyłem się. - Mógłbym wrócić do czasów daily tylko po to, żeby codziennie podjadać twoje śniadania.
- Faustyna wraca pojutrze. - rzucił, wpatrując się w swój talerz i kompletnie ignorując to, co przed chwilą powiedziałem.
