Zapłonęła wena,
żywym, jasnym ogniem.
Paliła się długo,
sześć miesięcy chyba.
Aż w końcu przygasła,
rozrzucając drewno,
co było pomysłami
i serca wymysłem.
Zgasła szybko i popiół
pozostał w dolinie,
gdzie kiedyś szalały
stare opowieści.
Nie ma jak dorzucić
do tego ogniska.
Strażnik ognia już odszedł,
życie w słowach streścić.
Ale słów też brakuje,
zapał spłonął chętnie.
Wypalając i drzewce
i strażnika serce.
