Złapał mnie skurcz prawej nogi. Bolało strasznie. Próbowałem wyprostować nogę, lecz nic nie pomagało. Mogłem z tego, co pamiętam z wcześniejszych podobnych przypadków, usiąść i próbować rozmasować, lecz z tym miałem problem, bo spałem. Koniecznie musiałem się obudzić, żeby tego dokonać, więc wzmagałem się z czymś mi w tym mocno przeszkadzającym. Nagle otwarłem oczy, ale intensywne światło zmusiło mnie do przymknięcia powiek. Odczekałem chwilę, próbując zlokalizować wcześniejszy ból. Kolejna próba patrzenia była znacznie lepsza, było jasno, lecz już nie tak intensywnie. Obok mnie po prawej stronie zobaczyłem pochyloną nade mną Donatę.
- Kochanie, nie uwierzysz, kiedy ci opowiem, jaki miałem głupi sen, w którym wydawało mi się wszystko takie realne – powiedziałem zachrypniętym głosem, gdyż miałem wysuszone gardło.
- Co, ci się przyśniło?- zapytała.
- Jechaliśmy samochodem, ktoś nas zepchnął moją byłą beemką z drogi i mieliśmy wypadek. Spałem wyjątkowo mocnym snem i obudził mnie skurcz nogi. Najdziwniejsze jest to, że jak się zbudziłem, nie czułem żadnego bólu.
Donata usiadła na krzesełku stojącym obok łóżka, na, którym leżałem. Już miałem zapytać, gdzie ja jestem, ponieważ pomieszczenia nie znałem, lecz przeszkodziła mi w tym mucha, która usiadła na moim nosie. Uniosłem prawą rękę chcąc ją przegonić, lecz jej nie widziałem, ale ją czułem, a mucha przemieściła mi się pod oko. Odruchowo chciałem sprawdzić dziwne zjawisko i lewą rękę przysunąłem do twarzy. Dłoni nie zobaczyłem, moja ręka kończyła się na wysokości obandażowanego łokcia.
- Ki diabeł? – powiedziałem, zaskoczony.
Wtedy usłyszałem głośny głos Donaty.
- Doktorze!
Okrzyk oderwał mnie od rozmyślań o rękach i skupiłem się na pomieszczeniu. Byłem pewny. Leżałem na sali szpitalnej, obok łóżka stała szafka i krzesło jeszcze chwilę wcześniej zajęte przez moją dziewczynę, która gdzieś wyszła. Ponownie powróciłem myślami do rąk i zanim przyszedł lekarz byłem pewny, że prawej od ramienia nie mam, a lewej od łokcia.
- Jak się pan czuje? – zapytał mężczyzna w białym fartuchu.
Nie miałem ochoty i głowy, żeby z nim rozmawiać. Wzrokiem poszukałem Donaty i zapytałem.
- Co się stało?
- Mieliśmy wypadek, mi się prawie nic nie stało, wstrząśnienie mózgu, pęknięte dwa żebra, kilka szwów, lecz ty ucierpiałeś bardziej.
Nie chciałem pozwolić jej na rozczulanie się nade mną, więc zapytałem.
- Jak teraz się czujesz?
- Dobrze – odpowiedziała.
Dalej pragnąłem przekonać ją, że ze mną jest wszystko w porządku i nie musi się więcej martwić.
- Nie przejmuj się, jestem młody i mam jeszcze nogi. Naoglądałem się programów w telewizji i ludzie potrafią sobie radzić samymi stopami, nawet prowadzą samochód. Wystarczy tylko się nauczyć, a skoro inni takie umiejętności opanowali, to i ja potrafię.
Chociaż w pocieszaniu Donaty rozkręciłem się na dobre, jej wyraz twarzy starał się z każdym moim słowem bardziej smutny. Jeszcze chwila i wybuchłaby płaczem, już miałem przestać terkotać, jak w moje ględzenie wtrącił się lekarz.
