Rozdział 1

523 56 35
                                    


Ach, jak wspaniale było wdychać woń piekących się ciasteczek korzennych, kiedy za oknem co jakiś czas zacinał deszcz, ostatnie brązowe liście wirowały w podmuchach wiatru, a ogień w elektrycznym kominku trzaskał wesoło. Zajrzałam przez szybkę piekarnika na pęczniejące gwiazdki i głowy misiów. Spod uzdolnionych rąk cioci Lisy zawsze wychodziły cuda. Tym razem chyba przeszła samą siebie. Już nie mogłam się doczekać, aż zatopię zęby w tych rumianych smakołykach. Kuchnię nagle przeszył gwizd dobiegający z czajnika, więc szybko odwróciłam się, żeby wyłączyć kuchenkę i przygotować herbatę.

— Zrób mi kochana tej z kalendarza, dzisiaj jeszcze nie piłam — rzuciła przez ramię ciocia.

Ucieszyłam się ogromnie, bo uwielbiałam otwierać okienka wszelkiej maści kalendarzy adwentowych. Ktoś mógłby uznać to za dziecinne i nie przystające do mojego wieku, wszak skończyłam już dwadzieścia pięć lat, to jednak wciąż każdorazowo odnajdowałam radość w takich drobnostkach. Wzięłam do ręki ozdobne, złote pudełko z zielonymi reniferami i ostrożnie uchyliłam kartonik z numerem piętnaście. Palcem wygrzebałam foliowy woreczek z zawieszką.

— I co tam dzisiaj nam się trafiło? — zapytała ciocia, przekładając na blachę kilka sztuk ciasteczek. Pachniały wprost nieziemsko!

— Biała z nutką pomarańczy i ananasa — odczytałam napis. — I piszą, żebyś "odważyła się zrobić coś, czego od dawna  pragniesz, choć wcale się do tego nie przyznajesz nawet sama przed sobą".

— Zalej w tym turkusowym imbryczku, ta porcja starczy na dwie — odparła ciotka, ignorując drugą część mojej wypowiedzi.

Wysypałam zawartość paczuszki do imbryka, zalałam gorącą wodą i pochylilam się, wdychając aromat. Szkiełka w moich okularach natychmiast zaszły mgłą. Cholerne patrzydła. Nienawidziłam ich, ale soczewki kontaktowe nie wchodziły w grę przy moich suchych, wrażliwych gałkach ocznych.

Wkrótce siedziałyśmy razem z ciocią na obitej w kwiecisty wzór sofie. Na prawie każdej płaskiej powierzchni w domu cioci Lisy znajdował się jakiś bibelot w postaci a to pamiątki z podróży, a to figurki czy innego rękodzieła, zapachowej świecy, porcelanowych naczyń czy innych drobiazgów, które razem tworzyły niepowtarzalny klimat. Najbardziej lubiłam kraciaste elementy wystroju wykonane z tartanu i nawiązujące do przodków wuja Bena, czyli męża cioci. Ostatnim, ale wcale nie mniej ważnym członkiem rodziny był srebrny kot o imieniu Viktorius. Właśnie usadowił się na moich kolanach niczym na tronie, jak zwykle domagając pieszczot. Przejechałem palcami po jego puszystym grzbiecie i zaraz rozległ się pomruk zadowolenia kociego panicza.

— Więc jak spędzisz święta, Millie? Zostajesz tutaj? W Chicago? — zapytała ciocia, upiwszy łyk parującej herbaty.

— Szczerze mówiąc wolałabym gdzieś wyjechać... Mam dosyć — westchnęłam, nerwowo pogryzając kolejne ciastko.

— Przez Evana?

Na dźwięk imienia byłego chłopaka coś się we mnie mocno ścisnęło. Victorius to chyba wyczuł bo natychmiast naprężył grzbiet i przestał mruczeć.

— Tak. Nadal nie daje mi spokoju. A jeśli tu zostanę, to na pewno mnie dopadnie razem ze swoją matką, która chce nas z powrotem zeswatać, uwierzysz? Prędzej przepłynę Michigan wzdłuż i wszerz, niż do niego wrócę — prychnęłam pod nosem. Nie umiałam pływać nawet żabką.

— Przecież postawiłaś sprawę jasno. Czemu on nie da ci spokoju? — oburzyła się ciocia, dorzucając do herbaty kostkę cukru.

— Bo ucierpiała jego pawia duma i widocznie wciąż go boli — skwitowałam z krzywą miną.

Frozen HeartsOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz