END CHAPTER 40

748 40 14
                                        

-- Ty mnie nie kochasz? -- Spytał niepewnie kiedy Annie skrzywiła się i uciekła od niego wzrokiem. To była dla niego jasna informacja

-- Ja... -- Zaczęła niepewnie ścierając z policzków łzy. Cofnęła się delikatnie chcąc złapać oddechu

-- Annie powiedz mi to teraz -- Poprosił czując jak jego ręka zaczyna drżeć. Ten dzień nie mógł być jeszcze większym koszmarem

W tym samym czasie niedaleko plaży Vasquez podszedł pod jedno z drzew ukryty w mroku z tlącym się papierosem w palcach i kapturem narzuconym na głowę, spojrzał na parę znajdującą się na plaży.

I nawet nie wiedział dlaczego czuł się tak źle, a jednakowo cieszył się. Chyba po prostu najzwyczajniej na świecie gdzieś w środku cierpiał, bo pozwolił odejść bardzo bliskiej osobie. Osobie, którą przez krótki czas naprawdę pokochał, a może w dalszym ciągu kochał tylko pozwolił jej być szczęśliwy z kimś innym niż on?

- Jak się czujesz? - Wzdrygnął się kiedy usłyszał przy sobie cichy głos, Sylvie stanęła obok niego z rękami włożonymi w kieszeniach bluzy

- Co tu robisz? - Spytała kiedy nie doczekała się odpowiedzi

- Patrzę - Wyznał z krzywym uśmiechem - Pozwoliłem odejść prawdziwej miłości i teraz będę musiał poślubić kogoś innego - Odpowiedział obojętnie zaciągając się papierosem

- Serio ją kochałeś? - Spytała zaskoczona spoglądając na chłopaka, nie mogła dostrzec jego twarzy, ale już po głosie mogła stwierdzić, że był nieco załamany

- Obydwoje byliśmy samotni - Przytaknął kręcąc głową - Nie jest mi na pewno obojętna

- Ona coś nie jest chyba przekonana do tych zaręczyn - Wyznała brunetka dostrzegając, że rudowłosa zachwiała się i nie koniecznie okazywała radość czy szczęście. Erwin w dalszym ciągu klęczał przed nią, a ona nawet nie zbliżyła się do niego na krok.

-- Oczywiście, że cię kocham głupku -- Rozpłakała się aby po chwili rzucić się Erwinowi na szyję i wpaść w jego ramiona, od razu złączyła ich usta w namiętnym pocałunku. Sądziła, że ten dzień będzie istną katastrofą i taki był, ale wszystkie zmartwienia odeszły dokładnie w momencie kiedy Erwin Knuckles wsunął na jej palec delikatny pierścionek zaręczynowy.

- Nie jest przekonana? - Spytał zerkając na Sylvie, aby po chwili rzucić niedopałek papierosa pod ich nogi i zniknąć w ciemnościach.

***

Rudowłosa kobieta krzątała się po ogrodzie, który tego dnia był przystrojony najpiękniejszymi dekoracjami. Słońce górowało na niebie ogrzewając przyjemnie twarze. Kolorowe balony powiewały delikatnie na wietrze a ptaki dotrzymywały jej towarzystwa śpiewając kolejne melodie. Położyła na stole wazon z kwiatami patrząc na efekt swojej pracy. Było pięknie dokładnie tak jak sobie zaplanowali. Żółte kolory dominowały idealnie komponując się z białymi dodatkami. Oparła się dłońmi o długi zastawiony stół, który tylko czekał aż zejdą się goście. Przymknęła na chwilę oczy biorąc głęboki oddech do czasu aż nie usłyszała krzyku.

-- NIE, BŁAGAM TO NIE MOJA WINA! -- Podniosła wzrok dostrzegając, że z jednorodzinnego domku wychodzi siwowłosy mężczyzna trzymając na rękach rudowłosą nastolatkę, która usiłowała uwolnić się z chwytu. Zmierzał wprost w stronę basenu, który podobnie jak pozostała część małego ogrodu był przygotowany na uroczystość

-- NIGDY BYM CI TEGO NIE ZROBIŁA! -- Pisnęła trzymając się kurczowo szyi mężczyzny

-- PRZEPROŚ! -- Podniósł głos

VERGE |DYLOGIA CRIME|Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz