5.

75 5 5
                                        

 Zagryzłam wargę, spoglądając na znajdujący się przede mną budynek, który nie prezentował się zbyt zachęcająco. Jednopiętrowy gmach, konstrukcją przypominający niemiecką stodołę wymagał gruntowanej renowacji. Ubytki w ścianach były widoczne z daleka, podobnie zresztą jak zaburzona krzywizna dachu. Dla pewności, czy znalazłam się we właściwym miejscu, sprawdziłam adres. Dwukrotnie. Na moje nieszczęście się zgadzał.

Niepewnie wysiadłam z samochodu, zastanawiając się, czy aby nie nadszedł czas na ucieczkę. Górnośląskie muzea, w których pracowałam, przyzwyczaiły mnie do nowoczesności, digitalizacji i zdecydowanie większej dbałości o potencjalnego odwiedzającego. Tutaj sytuacja miała się zgoła odwrotnie, zupełnie jakby kustosz jedynie czekał aż oddział upadnie, a on będzie mógł odejść na emeryturę.

Zdecydowanie powinnam wcześniej wygooglować to miejsce, żeby nie mieć niespodzianki. O ile „to coś" w ogóle dorobiło się strony w Google.

Westchnęłam, zaciskając dłoń na pasku torebki i ruszyłam przed siebie. Raz kozie śmierć. Najwyżej nie podpiszę umowy o pracę. Albo ucieknę z krzykiem. Ewentualnie jedno i drugie.

Frontowe drzwi stęknęły złowieszczo, kiedy uchyliłam je powoli i wsunęłam się do środka. Jak wielkie było moje zaskoczenie, kiedy za kontuarem nie dostrzegłam zgarbionej babuleńki z grymasem niezadowolenia, a młodą dziewczynę, która wyglądała jakby dopiero zdała maturę. Spojrzała na mnie zza szkieł dużych, okrągłych okularów i uśmiechnęła szeroko, zeskakując z krzesła.

Była niziutka i drobna, lecz kilku centymetrów dodała jej burza czarnych jak noc loków, które okalały jej okrągłą buzię. Zamiast eleganckiego stroju, miała na sobie trampki, jeansy i biały t-shirt, na który zarzuciła czerwony polar z odznaką przewodnika górskiego. Zamrugałam, by upewnić się, że wzrok mnie nie myli. Dziewczyna jednak wciąż przede mną stała. Podobnie jak jej zabrudzone buty.

- Cześć! Jesteś Iza, prawda? Wnuczka pani Wandy. Bardzo miło mi cię poznać! Jestem Miłka... to znaczy Miłosława Niedzienna, ale nikt nie zwraca się do mnie pełnym imieniem. Jest zdecydowanie za długie. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że będziemy razem pracować!

Miłka przytuliła mnie niespodziewanie i nim zdążyłam wyjść z szoku, złapała pod ramię i pociągnęła wewnątrz muzeum. Jak na posiadaczkę tak małego ciała, miała niespotykanie dużo siły.

- Izabela Plotek. - zaczęłam powoli, przypatrując jej się uważnie. - Mi też... miło cię poznać.

- Och! Kiedy twoja babcia powiedziała, ze szukasz pracy, byłam w siódmym niebie.

Rozejrzałam się wokół. Wnętrze było zwyczajne. Pomalowane na beżowo ściany nie różniły się zbytnio od siebie, podobnie jak rozwieszone na nich antyramy i witryny. Drewniana podłoga, skryta pod grubą warstwą cudacznego, czerwonego dywanu, skrzypiała niemiłosiernie, zupełnie jakby w bolesnym jęku błagała, bym z niej zeszła. Ustawione w nieładzie szklane gabloty tworzyły swoisty labirynt, a usytuowane w nich eksponaty były tak eklektyczne, że przez dłuższą chwilę zastanawiałam się na co patrzę.

Kto, do stu biesów, kładzie obok siebie średniowieczne monety i broszki z czasów drugiej wojny światowej? I jeszcze przeplata to dewocjonaliami? Poczułam jak robi mi się gorąco z chęci uporządkowania tego bałaganu.

- Długo tu pracujesz? - zapytałam, odrywając wzrok od felernej wystawki.

Miłka wzruszyła ramionami.

- Dopiero od czterech miesięcy. Stary kustosz zrezygnował w zeszłym roku i wyprowadził się do Rzeszowa. Od tamtego czasu posada była pusta, nikt nie był zainteresowany, więc obniżyli wymagania, a ja... - zatrzymała się na chwilę i z nostalgią przesunęła palcem po ustawionej w kącie zbroi.

A niech to bies trzaśnieOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz