Rozdział 9

2.4K 315 121
                                    

Zalecam przeczytać do końca, mimo, że dość długie *-*

W dniu, kiedy spadł pierwszy, przedwczesny śnieg, a ziemia stała się zimniejsza przez mróz, mężczyźni po raz kolejny siedzieli razem przy stole. O dziwo, bez żadnych bójek, czy nawet kłótni. To był czwarty raz, jak Izaya przywitał się z nim bez drwiny. Shizuo cieszył się z tego niezmiernie, choć starał się nie pokazywać niczego na zewnątrz.

- Co się tak szczerzysz? - zapytał obojętnym głosem między piątą, a szóstą łyżką płatków. Jednak wrócili do poprzedniego trybu rozmów. - Miliard jenów znalazłeś?

Blondyn odetchnął ciężko przewracając stronę dziennej gazety. Od momentu, kiedy go przytulił, wiedział, że coś się zmieniło. Zresztą nie tylko w nim, ale w obojgu. To było dziwne, a mianowicie ta egzotyczna relacja, która zaczęła się po między nimi zakorzeniać. Jej pnącza zaczynały powoli okręcać się wokół mężczyzny, zmierzając w stronę krtani.

- Pamiętaj gdzie dzisiaj jedziemy - powiedział czarnowłosy odsuwając od siebie miskę.

Shizuo rzucił gazetę na blat i wstał, aby odnieść naczynie do kuchni.

- Wiem - rzucił i odszedł nie zdając sobie spawy, że chłopak podąża za nim swoim wzrokiem.

Tym smutnym.

***

Blondyn wyciągnął kluczyki ze stacyjki i spojrzał z odrazą w stronę budynku. Nienawiść do tego miejsca była chyba ich jedyną cechą wspólną. Nagle zwrócił się w stronę chłopaka i mocno się zdziwił. Zazwyczaj Izaya zakładał przeróżne maski, tylko po to, aby zmylić kogoś co do jego prawdziwych odczuć oraz myśli. Więc co by się stało, gdyby zdjął je wszystkie i wystawił się na zagrożenie? Gdyby w końcu przestał udawać? - zastanawiał się.

Obojętność i pustka. Twarz bez emocji.

- Wszystko dobrze? - spytał Shizuo. - Powinienem iść z tobą, bo mnie pozbawią profesji - próbował zażartować, jednak mina czarnowłosego nadal była zimna. Wciąż patrzył przed siebie -na ten przeklęty, biały szpital.

- Pójdę sam - rzucił krótko i otworzył drzwi od samochodu. Blondyn nie zdążył nawet zaprotestować, a on już wysiadł z auta. Podparł się kulami i zaczął iść przed siebie, zostawiając Shizuo, aby poczekał aż wróci. W końcu był to jego problem, więc chciał załatwić wszystko sam. Nie potrzebował go, poszedł dalej.

O swoim żałosnym kłamstwie zdał sobie sprawę, dopiero kiedy po jego policzku spłynęła jedna, samotna łza, a on sam zaczął trząść się ze strachu.

***

Musiało minąć pół godziny, zanim Izaya znów pojawił się w polu widzenia blondyna. Tym razem zachowywał się jak dziecko. Kiedy wsiadał do samochodu, na jego twarzy gościł sztuczny uśmiech siedmiolatka, który przed chwilą zbił wazon. Rozsiadł się na fotelu pasażera i zamknął oczy, wzdychając.

Shizuo, choć bardzo nie chciał przyjąć tego do wiadomości, martwił się o stan chłopaka. Od niedawna czuł jakąś głupią potrzebę sprawienia, że na jego wychudzonej twarzy zagości szczera radość. Ciągle się za to ganił, jednak cóż miał poradzić - w końcu był jego opiekunem - tak się tłumaczył.

- Może chcesz gdzieś pojechać? - zapytał niepewnie. Widział, że coś jest na rzeczy, jednak bał się go zapytać. Miał dosyć tych kłótni, a wiedział, że Izaya nie jest teraz w nastroju do tego typu rozmów. Można powiedzieć, iż Shizuo po prostu go olał.

Nie potrzebuję Cię [Shizaya]Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz