Rozdział 3

246 11 1
                                        


- Albo lepiej zniknij.

Weasley wywróciła oczami i zaczęła ganiać po talerzu nałożonego wcześniej ziemniaka. Nie była to ciekawa zabawa, więc znudziła jej się po niedługiej chwili. Podniosła głowę i zaczęła wodzić spojrzeniem po wszystkich zebranych w sali osobach. Zdecydowana większość z nich rozmawiała między sobą, inni zajęli się jedzeniem. Najbliżej siedząca niej dziewczyna nawijała bardzo szybko po Hiszpańsku do swojej koleżanki, co gwałtownie uderzyło Rose.

- Ej! – zaczęła, odwracając się szybko do Malfoya. Po raz kolejny spojrzał na nią z niezadowoleniem, ale nie miała zamiaru się teraz na tym skupiać. – Jakim cudem wszyscy rozumieli tego organizatora, skoro mówił po angielsku?

- Magia, kobieto, magia, zastanów się – warknął, zirytowany, że zawraca mu głowę takimi sprawami. Zmrużyła oczy i zerknęła w stronę ławy organizatorów, którzy pochłonięci byli własnym jedzeniem. Minęło chyba pół godziny, zanim jeden z nich w końcu się podniósł. Aresus Pierre po raz kolejny poprosił o ciszę, a gdy zaczął mówić, skrzaty prędko zbierały naczynia i resztki ze stołów.

- Uczniowie szkoły Hogwartu, Pynos, Rodom i Vane proszeni są o wyjście z sali i udanie się do swoich komnat, które wskaże wam profesor Pym.

Malfoy wstał jako pierwszy, Rose dopiero po nim uświadomiła sobie, co tak właściwie ma robić i nieporadnie odsunęła się od stołu. Bez przerwy nawijająca Hiszpanka spojrzała na nią ze złością i zaczęła coś produkować, wskazując na swoją koszulkę.

- Weasley, niezdaro – warknął Scorpius. Wstając, Rose potrąciła kubek z sokiem, który całą swoją zawartość pozostawił na koszulce gaduły.

- Przepraszam, nie chciałam... – zaczęła, chcąc jakoś pomóc. Sięgnęła po chusteczki, ale pochylając się nad stołem, uderzyła niechcąco dziewczynę w bok głowy. Niewiele brakowało, a rozeźlone dziewczę zaczęłoby wrzeszczeć, ale Malfoy chwycił Rose za ramię i wyprowadził do hali wejściowej.

- Nie przysparzajmy sobie wrogów, tak? – prychnął, obdarzając ją wyjątkowo niechętnym spojrzeniem.

- Przecież to było niechcąco! – jęknęła Rose, oglądając się jeszcze w stronę sali, gdzie siedzieli zawodnicy. Większość patrzyła raz na nią, raz na Hiszpankę i zdecydowanie to wydarzenie stało się właśnie tematem wieczornych ploteczek.

Profesor Pym poprowadził ich w głąb pałacyku, licznymi kręconymi schodkami i wąskimi korytarzami. Hogwart jako pierwszy dostał przydział. Jeden klucz do jednego pokoju.

Rose i Scorpius spojrzeli po sobie z niechęcią, wchodząc do pomieszczenia. Na ich ogromne szczęście znaleźli się w niewielkim przedsionku z trzema drzwiami, jednymi do łazienki, a dwoma pozostałymi do dwóch oddzielnych pokoi.

- Mam nadzieję, że nie chrapiesz tak głośno, żebym musiała słuchać cię przez ścianę – mruknęła Rose. Chwyciła za rączkę swojego kufra umieszczonego w przedpokoju i zaciągnęła go do pomieszczenia po lewej stronie. Nie było ono wielkie, wąskie łóżko, szafa i mały stoliczek z krzesłem się tu zmieściły, co było całkowicie wystarczające. Weasley jednak skupiła całą swoją uwagę na oszklonych drzwiach, które automatycznie przyciągnęły jej spojrzenie. W paru susach doskoczyła do nich i wyszła na taras, czując ogromne szczęście z tak drobnej rzeczy. Szczęście to jednak wygasło, gdy zobaczyła Malfoya na tym samym tarasie.

- Nie wymyślili tego dobrze – fuknęła, patrząc na drzwi prowadzące do jego pokoju. – To ja powinnam dostać taras.

- Marz sobie dalej, że przez bycie dziewczyną obowiązują cię lepsze prawa – parsknął Scorpius, wystawiając na swoją część tarasu krzesło. Usiadł na nim wygodnie i wlepił spojrzenie w widok na bujny ogród, roztaczający się z tej perspektywy.

Rose naburmuszona wróciła do pokoju i zaczęła wypakowywać rzeczy do szafy. Szło jej to mozolnie i dawno już by się poddała, jednak wiedziała, że nie ma nic innego, czym mogłaby się zająć. W takim wypadku układanie ubrań wydawało się ciekawą opcją.

Wieczór dłużył im się jeszcze bardziej niż rejs statkiem. Rose ze znudzeniem po raz kolejny kartkowała swoje notatki, mając nadzieję, że zapamięta jeszcze coś na ostatnią chwilę. Nie miała jednak sił robić tego w nieskończoność, po dłuższej chwili powtarzanie materiału stało się po prostu nudne i uciążliwe.

Kręciła się po pokoju, raz po raz wyglądając przez drzwi tarasowe. Na jej nieszczęście, Scorpius nadal siedział w tym samym miejscu. Było już zbyt późno by wybierać się na przechadzkę po pałacu, a Rose po prostu potrzebowała odezwać się do kogoś.

Wyszła.

- Nie powinieneś się przygotowywać? – zagadała, od niechcenia opierając się o barierkę tarasu. Przerzucił na nią leniwie wzrok i wzruszył ramionami.

- Przygotowuję się – stwierdził, po raz pierwszy od paru godzin wstając z krzesła. Rozprostował wszystkie kości i ziewnął przeciągle. – Ty powinnaś się przygotować, w przeciwnym razie zaniżysz mi wyniki.

- Chciałam z tobą porozmawiać... – zaczęła Rose, patrząc jak otwiera drzwi do pokoju. Zatrzymał się i zerknął na nią przez ramię, unosząc wysoko brwi.

- Szczerze, to nie mamy o czym – odpowiedział.

Rozeźlona Weasley wróciła prędko do siebie i pozbierała wszystkie rzeczy potrzebne do wieczornej pielęgnacji.

- Nie to nie! – burknęła przed wejściem do łazienki na tyle głośno, by zdołał ją usłyszeć. Trzasnęła drzwiami, mając nadzieję, że chociaż trochę się przejął.

Jak na złość zajęła łazienkę na grubo ponad godzinę. Chciała też wyczerpać całą ciepłą wodę, ale wyglądało na to, że w tym pałacu jest to wręcz awykonalne. Zadowoliła się więc tak sporą ilością czasu i niesamowicie dumna z siebie wyszła w lekkiej piżamie do przedpokoju.

- Idź się myj, brudasie! – zawołała, energicznie pukając do jego pokoju. Nie dostała żadnego odzewu, ale jakoś szczególnie się tym nie przejęła. Podreptała do swojego pokoju, rozwiesiła ręcznik i po raz ostatni wszystko uporządkowała. Wyszła jeszcze na taras, zaczerpnąć świeżego powietrza i spojrzeć w jasno świecące gwiazdy na bezchmurnym niebie. Kątem oka zauważyła też, że w pokoju Malfoya nie pali się żadne światło. Wróciła więc po różdżkę z zamiarem wykręcenia mu świetnego kawału i zakradła się od przedsionka. W łazience także go nie było, więc miała pole do popisu.

Drzwi lekko zaskrzypiały, a jej cień padł łóżko. Puste łóżko. Marszcząc brwi zapaliła światło i rozejrzała się w poszukiwaniu swojego współlokatora, ale nikogo nie było.

Wyszedł.

Miała ochotę tupnąć nogą i się obrazić, ale to nie miałoby żadnego sensu. Wróciła więc do swojego łóżka i otuliła się kołdrą. Wlepiając spojrzenie w sufit czekała aż przyjdzie. Mijały jednak sekundy, minuty i godziny, a jego wciąż nie było. W końcu zasnęła, gdy zegar na nocnej szafce wybił pierwszą w nocy.

MPU - SCOROSEOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz