• w trakcie •
Życie pisze różne scenariusze, tak samo jak ja.
Ich stałością w moim przypadku jest fakt, że bohaterem każdego jest Jeon Jeongguk.
Czyli inaczej o relacji dwóch przyjaciół, która przeradza się w coś więcej. Dla jednego jest to prioryte...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
———
Your Vibe
Nasze życie było zwyczajne. Składało się ze zwyczajnych wydarzeń i mieściło w sobie zwyczajnych ludzi, którymi się otaczaliśmy. Towarzyszyli nam w szkole, w pracy i w domu, nawet o tym nie myśląc i nie mając w zasadzie innego wyboru. Po prostu niezmiennie istnieli, z tym, że niektórzy byli od zawsze, inni zaś po czasie odchodzili, pozwalając, by nowi weszli na ich miejsce.
Jeongguk był ponad nimi wszystkim, odkąd tylko pamiętam. Poznałem go jako jednego z tych nieśmiałych dzieciaków, które bardzo pragnęły wbić się w czyjeś towarzystwo, ale nie bardzo wiedziały, jak to zrobić. A jeśli nawet wiedziały, to nie potrafiły się w sobie zebrać, żeby przełamać w sobie ten szereg barier.
Więc sam do niego podszedłem i przygarnąłem pod swoje skrzydła.
Stwierdzenie to przeważnie uważane jest jedynie za przenośnię, ale dla mnie miało czasem wydźwięk niemal dosłowny, namacalny. W ciągu długich lat naszej znajomości wyodrębnić mogłem przecież wiele chwil, w których czułem, że naprawdę rosną mi skrzydła mogące unieść mnie ponad ziemię. Za każdym razem dzięki mojemu przyjacielowi.
Nasza historia nie musi być wybitna dla wielu przypadkowych, zwykle wścibskich osób. Nie musi być nawet w pojedynczym procencie interesująca. Dla innych może być monotonna lub głupia. Ktoś może nazwać ją szczeniacką i niepoprawną. Dla mnie już zawsze będzie to najpiękniejsza w swoim tragizmie historia, jaką dane mi usłyszeć, przeczytać bądź po prostu poznać.
Bo to historia mojego życia, a jej głównym bohaterem nie jestem wcale ja. Na szczęście.
Jeśli ma jednak powstać jej właściwy obraz, muszę opowiedzieć ją w całości i od samego początku. A zaczęło się od wiatru...
Opowiem ją później. Teraz znowu mam okazję rozwinąć skrzydła. Znowu mam Jeongguka dla siebie.
– Czego chcesz, mały przyklejku?
Uniosłem z politowaniem brew, lewy kącik ust i wzrok znad ekranu laptopa. Mój przyjaciel siedział po drugiej stronie łóżka i wpatrywał się we mnie z intensywnością, której zdążyłem się już nauczyć na pamięć. Nie znaczyło to jednak, że potrafiłem się do niej przyzwyczaić.
– Największym przyklejkiem w ostatnim czasie jesteś ty, a nie ja – odparł, brzmiąc przy tym, jakby określenie to było złe i jakby chciał mnie nim obrazić. W rzeczywistości bardzo je lubił, tak samo jak ja lubiłem go używać. – Zresztą ten epitet mały też niewiele ma wspólnego z prawdą i jeśli zdążyłeś o tym zapomnieć, chętnie mogę ci pomóc odświeżyć pamięć.
Prychnąłem ze szczerym rozbawieniem. W tym momencie zupełnie straciłem zainteresowanie pisanym tekstem. Prędko uśpiłem laptopa, po czym zamknąłem go i odłożyłem po omacku na szafkę koło łóżka. Na szczęście zdążyłem stamtąd wcześniej zgarnąć wszystkie papierki po cukierkach i szklanki brudne od napojów gazowanych, które teraz skończyłyby zapewne przygniecione bądź zrzucone przez moją maszynę do pracy.
Podejrzewam jednak, że i to nie odwróciłoby mojej uwagi od twarzy Jeongguka, tym bardziej, gdy tak jak teraz rozjaśniona była ona szerokim, niezwykle pociesznym uśmiechem. Uroczo marszczył też nos i zagryzł dolną wargę, starając się za wszelką cenę nie pokazywać swoich jedynek, które tak w nim uwielbiałem.
– Twój epitet był za to jak najbardziej trafiony – zauważyłem w końcu i z satysfakcją odnotowałem w głowie, że komentarz ten przyczynił się do pociemnienia jeonggukowego spojrzenia. – Naprawdę tak sądzisz, prawda, przyklejku? Największy?
Jeongguk znalazł się na moich kolanach szybciej, niż zdołałem sobie to wyobrazić. Rozsiadł się na nich jak na najwygodniejszym fotelu i ułożył dłonie na moim karku, wypełniając odczuwalną tam pustkę. Tak bardzo przyzwyczaiłem się do jego palców drażniących moją skórę i przeczesujących moje włosy, że bez nich było mi okropnie nieswojo. Dopiero, gdy wracały, moje skrzydła znów zaczynały rosnąć.
Bardzo niedobrze.
– Widziałem większe – Jeon przez chwilę udawał, że się zastanawia, aż wyrzucił z siebie tę swobodną myśl. Droczył się.
– Jesteś tego pewny? – podjąłem temat, zniżając ton głosu. Mówiłem teraz ciszej, wolniej i bardziej zmysłowo, tę samą zasadę wprowadzając także w moich gestach.
Przesunąłem dłońmi po szczupłej talii mojego przyjaciela i uniosłem go nieznacznie nad sobą, pochylając się jednocześnie ku jego klatce piersiowej. Było lato, więc obaj mieliśmy na sobie tylko bieliznę, szorty przed kolana i przewiewne podkoszulki. Sytuacja była wręcz wyśmienita.
Nakryłem ustami lewy sutek Jeongguka i od razu trąciłem go językiem. Granatowy materiał nie był dla mnie przeszkodą, ale szczerze wolałem, żeby go nie było. Mój przyjaciel myślał najwidoczniej podobnie, zanim wczepił palce w moje końcówki, poddańczo uniósł bowiem ręce i uciążliwy materiał zniknął zapomniany gdzieś na podłodze.
– Hyung... – mruknął błogo i odgiął się delikatnie w tył, przez co musiałem chwycić go mocniej i bardziej stabilnie. Mój język nie przestawał jednocześnie drażnić twardniejącej brodawki, a dłonie zaczęły błądzić bezkarnie po rozbudowanych plecach Jeongguka.
Opierał się na moich barkach i mimowolnie od czasu do czasu wypychał biodra, pobudzając mojego penisa. Żaden z nas nie musiał być detektywem, żeby wiedzieć, co wydarzy się za chwilę.
A jednak zaskoczyło mnie zachowanie przyjaciela, kiedy zamiast od razu sięgnąć do zamka przy moich szortach, ułożył dłonie na moich policzkach i odciągnął twarz od swojego torsu, który zaczynałem akurat bardziej żarliwie lizać.
– Lubisz mnie jeszcze, Taehyungie? – zapytał z powagą i słyszalnym napięciem w głosie. Wstrzymywał oddech, aż nie uspokoiłem go uśmiechem, czułym trąceniem jego nosa moim nosem i automatyczną odpowiedzią, która czekała przez cały dzień, by móc się wyrwać z mojego gardła.
– Lubię cię najbardziej na świecie, Jeonggukie. Nigdy nie przestanę cię lubić – Po usłyszeniu tych słów Jeongguk bez wahania pochylił się do moich ust i naparł na nie namiętnie, doskonale wiedząc, że nikt nie wycałuje go z takim uczuciem jak ja.
Uwielbiałem go całować. W każdym możliwym miejscu i w każdy możliwy sposób. On za to lubił być przeze mnie całowany, a jego twardniejący z każdą sekundą członek dawał mi na to wyraźny dowód.
Od pocałunków droga potoczyła się szybko do naszej zupełnej nagości, a z niej do pokornego stękania mojego przyjaciela wypełnianego przez moją zabezpieczoną prezerwatywą męskość. Wzrok, który kierował na mnie, gdy pieprzyłem go dogłębnie i tęgo, był moją ulubioną częścią każdego naszego seksu. Istniejący tylko dla mnie, tylko dla mnie tak osobisty, zatracony i wdzięczny za dostarczaną mu przyjemność oraz bliskość.
Jeśli miałbym wybrać ulubiony moment związany z naszymi pocałunkami, był to ten, kiedy wymienialiśmy je tuż przed spełnieniem. Były wtedy tak chaotyczne i nieporadne, jakby były zupełnie pierwsze. Chciałem karmić się tym wyobrażeniem, aż zdoła mnie nasycić, doskonale zdając sobie jednocześnie sprawę, że nigdy tego nie osiągnę i z dużym prawdopodobieństwem umrę niedożywiony.
Po wszystkim, jak gdyby nigdy nic, ubraliśmy się i wyszliśmy na zewnątrz. Hoseok zadzwonił i zaprosił nas do siebie, a Jeongguk podekscytował się tym tak bardzo, że przez całą drogę na drugi koniec osiedla nie mogliśmy podjąć już żadnego innego tematu. Czułem rozgoryczenie, bo przecież jeszcze kilkanaście minut temu jęczał moje imię, a teraz uśmiechał się tak promiennie na zaledwie pojedyncze wspomnienie Junga.
W takich chwilach musiałem myśleć o moich skrzydłach. Jeśli chciałem je zachować, musiałem się dostosować. I wtedy kolejny raz to zrobiłem, czekając na moment, w którym Jeongguk znów będzie tylko mój.