• w trakcie •
Życie pisze różne scenariusze, tak samo jak ja.
Ich stałością w moim przypadku jest fakt, że bohaterem każdego jest Jeon Jeongguk.
Czyli inaczej o relacji dwóch przyjaciół, która przeradza się w coś więcej. Dla jednego jest to prioryte...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
———
Our Wind
Zaczęło się od wiatru.
Gdyby nie wiatr, z mojej dłoni nie wyrwałaby się kartka z usprawiedliwieniem za lekcję koreańskiego sprzed tygodnia i nie pofrunęłaby między gałęzie najbliższej wiśni. Nie pobiegłbym wówczas za nią i nie natrafiłbym spojrzeniem na chowającego się po drugiej stronie drzewa chłopca.
Kiedy czasem o tym pomyślę, dociera do mnie, jaki był wtedy bezbronny. I maleńki. Tym mniejszy wydawał się przy potężnym pniu, który obszedłem wówczas, żeby zobaczyć go z bliska, a przy tym przypadkiem nie wystraszyć.
Tamten mały Guk, który spojrzał na mnie wielkimi, sarnimi oczami, pozostałymi mu po dziś dzień, cały czas żył gdzieś w tym dzisiejszym Jeongguku – rosłym mężczyźnie, który nie myślał już o nieodrobionych lekcjach lub niezaliczonym sprawdzianie, a o kolejnej imprezie i pocałunkach, które przyjdzie mu na niej spijać z czyichś ust.
Od naszej pamiętnej nocy były to wyłącznie moje usta i ta świadomość napawała mnie cholerną dumą.
Nie wiedziałem, w jakim stopniu było to spowodowane uczuciami mojego przyjaciela, a w jakim moim czuwaniem nad jego imprezowymi wybrykami. Chociaż bardzo chciałem wierzyć w przeważający wpływ tego pierwszego, nie wykluczałem też, że moja postawa i samo moje towarzystwo u jeonggukowego boku zaczęło skutecznie sygnalizować innym, że nie życzyłem sobie przy nim nikogo więcej.
Co dobre, zdawało się, że on sam uważał podobnie i cieszył się świadomością mojej opieki. Nigdy na nią nie narzekał, a wręcz korzystał, nie przejmując się skwaszonymi minami jego byłych adoratorów, dla których obecnie nie było już miejsca.
Niestety, jak od każdej reguły, i od tej był wyjątek.
Hoseok był dobrym kumplem. Zawsze mogłem na niego liczyć, tak samo, jak on na mnie i na tym w zasadzie opierała się nasza więź. Nie wadziła mi jego osoba ani niektóre absurdalne pomysły, które wiązały się z dziewczynami bądź chłopakami, z którymi się akurat umawiał. Do czasu, aż Jeongguk stwierdził któregoś dnia, gdy siedzieliśmy u niego w pokoju, że Hoseok, nasz wspólny przyjaciel, jest totalnie w jego typie.
Zareagowałem na to oświadczenie neutralnie, bo uznałem, że nie mam prawa do żadnej innej reakcji. Wtedy naprawdę go nie miałem. W końcu byłem tylko jego najlepszym, szczerze w nim zakochanym przyjacielem, który pozwalał, by smakował swojego życia we własny sposób, na własnych zasadach.
Teraz jednak byłem kimś więcej, a przynajmniej tak podpowiadało mi głupie serce. W rzeczywistości jednak wciąż nie miałem żadnej siły sprawczej, a to sprawiało, że czułem się bardziej bezradny niż jeszcze rok, dwa czy pięć lat wstecz.
Pocieszający był fakt, że Jung zdawał się przez cały ten czas nie zwracać na Jeongguka uwagi. Na pewno nie w sposób, w jaki młodszy by tego oczekiwał. To dawało mi pozorny spokój, ale tu z kolei przypomniałem sobie, że wszystko co dobre, szybko się przeważnie kończyło.
Mój spokój skończył się, gdy na jednej z imprez, organizowanej przez jedną z popularniejszych dziewczyn z całej naszej grupy, zauważyłem zmianę w zachowaniu Hoseoka względem mojego Guka. I byłem wręcz pewien, że wynikała ona właśnie z tego pozornego faktu – że teraz był on mój, przynajmniej w oczach większości.
Mało rzeczy było dla mnie tak trudnych jak zniesienie widoku moich przyjaciół, którzy flirtowali ze sobą śmiało wśród tłumu roztańczonych ludzi. Nie chciałem ograniczać Jeongguka, bo nie miałem do tego prawa – moja troska nie przeszłaby jako prawowity argument. Nie byliśmy parą, byliśmy czymś, co powinno mi wystarczać, a jednak uwierało, bo stanowiło wyłącznie pozór, przedsmak tego, co mógłbym posiadać naprawdę. Ale nie posiadałem, więc z kamienną twarzą przyglądałem się z boku, zupełnie jak robiłem to przez kilka ostatnich lat.
Gdy tylko to do mnie dotarło, poczułem chęć buntu.
Dlaczego dalej robiłem za tchórza i pozwalałem na to wszystko?
Nim zdążyłem zastanowić się nad tym po raz kolejny, Hoseok mierzył mnie surowym wzrokiem, a Jeongguk zerkał ze zdziwieniem na mój lewy profil. Moja ręka tkwiła swobodnie przerzucona przez jego barki, a zwisająca dłoń błądziła bezwstydnie pomiędzy obojczykami a męskimi piersiami. Nawet nie wiem, kiedy dokładnie przedostałem się przez odpięte od góry guziki, żeby wprost dotykać jeonggukowej skóry. Gdzieniegdzie wciąż potrafiłem wyczuć płytkie ślady po moich zębach.
Chciałem powiedzieć to na głos, żeby Hoseok pękał ze złości, ale w zamian zacząłem od szerokiego uśmiechu.
– Jak tam, przyklejku? Wszystko w porządku? – wyszeptałem do ucha Jeongguka, udając opanowanie. W rzeczywistości korciło mnie, żeby tak po prostu go pocałować, a potem porwać go na parkiet. Miałem w planach obie te rzeczy.
– Och, Taehyungie hyung – zarumienił się nieznacznie, co tylko ja byłem w stanie zauważyć. Hoseok był pewnie zbyt pijany i za bardzo skupiony na mordowaniu mnie spojrzeniem. Dupek. – W porządku. Właśnie rozmawialiśmy z Hobim hyungiem o tenisie. Zaproponował, że zabierze mnie na kort w przyszłym tygodniu.
– O, wspaniale. Też chętnie się wybiorę, dawno nie grałem. Prześlij mi szczegóły, Hoseok. Przyjedziemy z Jeonggukiem.
– Zapraszałem samego Jeongguka – raczył się odezwać, w dodatku mrużąc oczy i udając wielce obrażonego. Świetnie, cudownie. O to mi właśnie chodziło.
– Jeśli Jeongguk nie będzie chciał, nie pojadę z nim – spojrzałem na młodszego i przesunąłem ramię na jego talię. Zadrżał delikatnie, kiedy czule przyciągnąłem go do swojego boku, a następnie trąciłem palcami brzuch. Spiął mięśnie, które widziałem oczami wyobraźni. – Jeonggukie?
To było moje być albo nie być. Chwila, w której ryzykowałem wszystkim. Miałem ochotę przytulić Jeongguka z całej siły, gdy udowodnił mi, że się opłaciła. Moje wnętrze wypełniła satysfakcja.
– P-pewnie. Możesz jechać z nami, hyungie. Lubię twoje towarzystwo.
– I vice versa, przyklejku. Jesteś moim ulubionym towarzystwem. Pójdziesz ze mną potańczyć?
Kiedy pozwolił mi się pociągnąć między pijanych, roztańczonych imprezowiczów, kompletnie zapomniałem o Hoseoku. Mogłem wykorzystać ten moment triumfu na cieszenie się swoją wyższością, ale szkoda mi było czasu. Jak mógłbym go marnować, kiedy Jeongguk dobrowolnie ściskał moją dłoń i wkrótce to on prowadził nas bliżej salonu, z którego dobiegała sensualna muzyka?
Moje palce zacisnęły się zachłannie na jego biodrach, kiedy owinął nadgarstki wokół mojego karku. Zaczął się śmiać, kiedy próbowałem wbić nas w rytm muzyki. Musnął nosem mój policzek.
– Chyba nie powinniśmy próbować się dopasować – zauważył, ale nie byłem pewien, czy mówił o tańcu.
– Chyba masz rację.
– Dlaczego to zrobiłeś, hyung?
Zaskoczył mnie tym pytaniem, a także uświadomił, że jednak trochę tchórza wciąż we mnie pozostało. Jeszcze na jakiś czas.
– Bo też naprawdę lubię tenis.
Jeongguk uśmiechnął się z politowaniem, ale nic nie powiedział. Tańczyliśmy dalej, aż piosenka dobiegła końca, a po niej i następna. W końcu stwierdził, że jest mu gorąco i zapytał, co zamierzam z tym zrobić. Kiedy niedługo potem ściągałem z niego koszulę, zażartowałem, że moje założenie o pozbyciu się ubrań, aby pomóc w gorączce, nie zadziałało. Nam obu było tylko goręcej.