-Wszystkiego najlepszego!
Krzyknęłam tak głośno, że ludzie wokół spojrzeli w moją stronę. Nie mogłam uwierzyć, że moja mała dziewczynka obchodziła właśnie dwudziestkę. Jej decyzje są teraz kluczowe. Może decydować o swoim życiu i nie musi myśleć o nikim z wyjątkiem siebie.
Trzymałam w ręce doniczkę ze stokrotkami. Palcami delikatnie dotykałam kamiennej misy, mając w głowie tę piękną, jak i skalaną historie zakłamanej miłości. Właśnie dwa lata temu spotkałam Williama. Było to niewiarygodne, jak ten czas szybko minął.
Dorosłam przez ten czas. Nie byłam już dzieckiem, a kobietą mającą przed sobą cały świat.
Tak, jak Alex swoje.
Alex była podekscytowana. Już od tygodni planowała to wydarzenie. Wszystko musiało być idealne, łącznie ze światłami z idealnym odcieniem blasku. Miała paranoje. Nawet przekrzywiony wazon doprowadzał ją do szału. Jednak to były jej urodziny, powinna robić, co chce.
Chociaż to niezdrowe.
-Jesteś najlepsza! - krzyknęła tuż przy moim uchu. Wzdrygnęłam się, mało nie wypuszczając doniczki z dłoni. - Ty zawsze wiesz, jak trafić z prezentem.
-Wiadomo. - odpowiedziałam, starając się przekrzyczeć głośną muzykę.
- Mam nadzieję, że dzisiaj ściągniesz gacie gangsterki i się trochę rozluźnisz.
-Spróbuje. - zaśmiałam się szeroko. Jak zawsze była szczera.
Jej oczy ukazywały czyste szczęście, a ona sama wyglądała, jak królowa Ameryki. Z jej urodą i wdziękiem, mogłaby wygrać wybory nie jednego konkursu miss. Jej włosy nie były już takie krótkie, lecz długie, jak rzeka i lekko zakręcone. A sukienka, którą założyła, była błękitna, jak laguna, ukazująca jej same atuty. Od zarysowanych barków do szczupłych wysportowanych nóg.
Zawsze zazdrościłam jej urody i to się nie zmieni.
Minęło tyle czasu, a ja w ogóle się nie zmieniłam. Nadal byłam rudą piegowatą dziewczyną. Może trochę mi się przytyło, ale to głównie przez stres. Gdy się denerwowałam, wyjadłam krem czekoladowy słoik za słoikiem. Moja największa słabość.
Nim się obejrzałam, zostałam sama. Nie zniechęciło mnie to, wręcz przeciwnie. Lubiłam samotność, bo wtedy zostałam sama ze sobą. Odkąd nauczyłam się, że jestem swoją własną przyjaciółką nie wrogiem, żyło mi się o wiele łatwiej.
I tak powinno być. Ludzie powinni zrozumieć, że nie jesteśmy sami, ponieważ mamy siebie. Najważniejszą osobę, jaką możemy mieć.
Weszłam do salonu. Ledy powieszone wokół pokoju migotały, dodając pomieszczeniu wyrazistych kolorów. Kanapy zostały poprzesuwane tak, aby było można tańczyć. Było tak wiele ludzi, tak wielu nastolatków, którzy jeszcze jakiś czas temu kończyli z nami szkołę. Szkoda, że te lata, te piękne lata zostały tak szybko zakończone.
Nie było mi przykro. Ludzie odchodzą, a ja musiałam tego doświadczyć w najgorszy sposób, jednak miało to swoje plusy. Po tym zdarzeniu już nigdy nie płakałam po żadnej znajomości.
Było to dla mnie naturalne, już żaden człowiek nie sprawi, że poczuje taką pustkę, jak po Sandersie, może z wyjątkiem Alex, która jest częścią mnie.
Rozejrzałam się wokół. Ludzie tańczyli i śmiali się w najlepsze. Właśnie dlatego uwielbiałam imprezy u Alex. Zawsze był dobry vibe i dobra zabawa. Zero smutków i dodatkowych zmartwień.
Co więc i ja będę sobie żałować? Nigdy.
Chwyciłam butelkę wódki i wypiłam trochę duszkiem. Zakręciłam się wokół, mając nadzieje, że faza wejdzie szybciej. Nic mylnego, bo już po paru minutach czułam się, jakby ktoś walnął mnie kamieniem w głowę. Było przyjemnie, nie żeby uderzenie kamieniem było przyjemne. Było w tym coś ciekawego. Dawno się po prostu nie napiłam.
Wolałam trzeźwo podchodzić do sytuacji. Od wyjścia z nałogu ani razu nie wypiłam nawet kropelki. Trzymałam się równo, bo wiedziałam, że mnie na to stać i że mam przy sobie ludzi, którzy są warci zaprzestania. Nie powinnam się jednak za to obwiniać. Ludzie często znajdują pocieszenie w używkach i tak było w moim przypadku.
Spojrzałam w tłum i właśnie to był mój największy błąd.
On tu był. Był w pierdolonym Oakland. Na pierdolonej imprezie mojej przyjaciółki
Boże powiedz, mam tylko omamy, czy może znowu mam kogoś po torturować?
-Skurwysyn.
Odłożyłam butelkę, zaglądając w to samą stronę, co jeszcze chwile temu. Nikogo tam nie było. Mam omamy? Czy może po prostu wyobrażam sobie za dużo? A może mam racje?
Skierowałam się w stronę wyjścia, tam, gdzie go przed chwilą widziałam. Byłam lekko wstawiona, jednak nie aż tak, by nie iść prosto. Po drodze wyciągnęłam z nogawki nóż, chowając go w rękawie bluzki. Przechodząc obok Alex, zachowałam pełną dyskrecję, uśmiechając się promiennie. Ta nic nie podejrzewając, pomachała mi radośnie.
W końcu po chwili znalazłam się w ogrodzie. Taras, z którego schodziłam, oświetlony był malutkim łańcuchem złotych światełek. Które tylko podkreśliły piękno tego miejsca. Mimo trwającej w środku imprezy było to miejsce spokojne. Pełne ciszy i mroku, która gościła pośród drzew.
Usłyszałam szelest przy jednej wiśni znajdującej się niedaleko. Już chwile potem zauważyłam męską posturę, która opierała się o drewno. Wkurwiona wyciągnęłam nóż, rzucając go w tamto miejsce. Zdziwiłam się, jak mężczyzna złapał ostrze, przy czym po jego ręce zjechała ścieżka krwi.
-Niezły rzut.
-Szkoda, że nie trafiłam w twój język. Wybacz, następnym razem trafię.
-Szybko się uczysz Vallen.
-Ty jednak nie. Mówiłam Ci, że masz nie wracać. - zgromiłam go wzrokiem, podchodząc bliżej drzewa. Nie bałam się go, wręcz przeciwnie.
-Twój język mówił inaczej. - zaśmiał się, chwytając za rękojeść, po czym rzucił w trawę.
-Mój język właśnie Ci tłumaczy, że masz się odpierdolić i wrócić skąd przyszedłeś. Do widzenia. - odwróciłam się, żeby szybko odejść, jednak chłopak chwycił mnie za nadgarstek, który po chwili wyrwałam.
-Wiem, że jesteś zła.
-Już się nie gniewam. Po prostu oddalam się od osób, które psują mi życie.
-Żałuję, tak bardzo tego żałuje.
-Wiesz, czego się nauczyłam? - powiedziałam śmiało, na co mężczyzna wyczekiwał mojej odpowiedzi. - Człowiek może powiedzieć Ci tysiące pięknych prawd, ale kiedy patrzysz na jego zachowanie, dostajesz wszystkie odpowiedzi. Tak było w naszym przypadku. Nie cofniesz tego.
-Ale żałuje.
-To nie chodzi o ciebie William. Tu chodzi o mnie. Jeśli nie wyleczę swoich ran, będę krwawić na osoby, które mnie nie zraniły. Więc odejdź, proszę i zacznij żyć własnym życiem.
-Nie umiem. Bez ciebie, to nie to samo. - szepnął, jakby chciał dodać dramaturgi jego absurdalnych słów.
-Naucz się tego kurwa raz na zawsze - syknęłam z jadem. - Nie daje się nadziei, jeśli chcesz kogoś zranić i nie obiecuje się, gdy wiesz, że nie dotrzymasz słowa.
-Nauczyłem się.
-To odrób lekcje i nie rozgrzebuj starych ran.
-Ronnie...
-To moje miasto, jeden zły ruch, a będziesz leżał martwy na najbardziej ruchliwej ulicy.
-Nie zrobisz tego. - zrobił krok w moją stronę. - Nie zrobisz, bo w jakimś małym stopniu, nadal mnie kochasz. Tak Vallen, trochę cię znam. Te twoje piękne oczy mówią same za siebie. -zaśmiałam się głośno, kierując głowę do góry. Szmaciarz nie wiedział, o czym mówi.
Kłamał, a może ja okłamywałam sama siebie?
-Nienawidzę cię. - powiedziałam stanowczo, ściskając rękę w pięść.
-Kochasz mnie. - podszedł bliżej.
-Nienawidzę cię.
-Przestań kłamać, mimo nienawiści, kochasz mnie. - powiedział szeptem, tak, że ledwo było go słychać.
-Nie.
Skłamałam, a to kłamstwo zapieczętowało nasz los.
Spojrzał na mnie spokojnie niczym statek na rozruszanym morzu. Nie widziałam złości, lecz lęk i obawy. Właśnie o to chodzi kochanie, zagrajmy w moją grę.
-Nie pokonuje oceanów dla ludzi, którzy nie przeskoczyliby dla mnie kałuży. - rzuciłam na odchodne.
CZYTASZ
Drizzle
RomancePoznałam cię w momencie, gdy byłam silna, nie poddawałam się, byłam bezpieczna, jak i również wiedziałam, czego chcę. Teraz wszystko się zmieniło. Nie jestem już tą samą osobą. W jednej chwili jestem istnym wulkanem - aktywnym, działającym, żyjącym...
