Dziesiąta dwadzieścia osiem. Odłożyłam długopis i wyczekują patrzyłam na zegarek, jakby to miało cokolwiek zmienić. Czekałam na koniec lekcji, tak bardzo, że nie uszło to uwadze nauczycielce, która patrzyła na mnie surowym wzrokiem.
— Panna Johnson, odpowiesz na moje pytanie, czy tak bardzo ci się spieszy do Adamsa, że nie myślisz o niczym innym? — zapytała ze sztucznym uśmiechem zaciskając przy tym szczękę, co jeszcze bardziej uwydatniło jej zmarszczki przy oczach.
— A mogłaby pani powtórzyć, nie dosłyszałam— zapytałam odrywając wzrok od zegara, który wisiał na beżowej ścianie tuż nad drzwiami.
— Dlaczego twoim zdaniem Dramaty Szekspira są nadal popularne po tylu latach— powtórzyła pytanie a ja spojrzałam na Mię, która próbowała nie wybuchnąć śmiechem z tej sytuacji.
— Ponieważ poruszają uniwersalne tematy takie jak miłość czy nienawiść. Uczucia te są dalej aktualne i każdy może się utożsamiać z bohaterami, którzy byli idealnie przez niego wykreowani— powiedziałam z uśmiechem. Temat Szekspira ciągnął się już od początku roku, był to ulubiony pisarz Pani fig, dlatego przy każdym temacie próbowała do niego nawiązać. Nie wiedziałam, dlaczego ona dalej uczyła w tej szkole mimo, że jej metody nauczania były co najwyżej nudne i bez sensu. Z takim nauczeniem nasz egzamin końcowy był niemożliwy do zdania. Na moje szczęście właśnie w tej chwili zadzwonił dzwonek a ja szczęśliwa zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Lubiłam literaturę i wręcz kochałam świat książek, jednak ona zepsuła moje widzenie na to. Przez jej oklepane nauczanie stało się to wręcz dla mnie przymusem i zastanawiałam się, czy w następnym roku nie wypisać się z niej. Przed klasą czekał na nas mój brat i jak zwykle chcieliśmy iść na kanapy, które znajdowały się niedaleko sali gimnastycznej.
— Gdzie Luke? — zapytałam podchodząc do Alexa. Poprawił swoje blond włosy, które Mia mu rozwaliła i objął ją ramieniem. Alex dalej miał rękę w gipsie, który był już cały popisany i wyglądał jak notes przedszkolaka.
— Na początku matmy go trener wezwał i jeszcze nie wrócił— wzruszył ramionami i poszedł dumnym krokiem przed siebie.
Czekaliśmy na brązowych kanapach tępo patrząc się w drzwi, za którymi był gabinet trenera. Na korytarzu był szum uczniów, więc nie dało się nawet nic posłuchać. Po około pięciu minutach drzwi w końcu się otworzyły, a przez nie wyszedł Luke z zamyśloną miną. Był nieobecny i zmartwiony czymś. Miał lekko zmarszczone brwi i lekko zaciśniętą szczękę. Przeczesał włosy i w końcu nasze spojrzenia się skrzyżowały. Jednak i wyglądało to tak jak zawsze. Jego wyraz twarzy mnie martwił, a ja nie wiedziałam o co chodziło.
— Coś się stało? — zapytałam pierwsza podchodząc blisko niego, jednak ten mnie wyminął i odpowiedział krótko, że wszystko jest dobrze. Zrobiło mi się przykro, że coś przede mną ukrywa.
— Luke, przecież widzę że coś jest nie tak— podeszłam znów do niego, jednak ten dalej trwał przy swoim.
— Naprawdę wszystko jest dobrze kochanie. Zwijamy się? Nie chcę mi się tu siedzieć— coś się musiało stać, skoro chcę uciec z lekcji. Podeszliśmy jeszcze do Scotta i Maxa i wszyscy razem wyszliśmy tylnym wejściem.
— Nie wiem czy to dobry pomysł— powiedziałam szczerze, gdy byliśmy już poza terenem szkoły. Nikt nie pilnował tego wejścia, ponieważ jest one już nie używane.
— Nie przynudzaj Léa, gadasz jak mama— wywrócił oczami Alex.
— Przepraszam cię braciszku, że jestem odpowiedzialna, nie to co ty— powiedziałam ironicznie i poprawiłam swój czarny plecak.
— I dlatego tu z nami jesteś? Wiesz, nikt cię nie zmuszał— powiedział z uśmiechem. Wiedziałam, że mówił tak tylko dlatego, żeby mnie zdenerwować, jednak ja postanowiłam się nim nie przejmować. Od wycieczki jego związek z Mią bardzo się poprawił. Spędzają dużo czasu sami, jednak nie zaniedbują przy tym nas. Nie sądziłam, że głupia kolacja może tyle zdziałać. Poszliśmy do domu Maxa, który był najbliżej i nikogo w nim nie było. Max nie miał rodzeństwa, a jego rodzice każdego dnia od rana do późnego wieczora byli w pracy. Z jednej strony fajne by było takie życie, jednak na dłuższą metę jest to przebijające.
Usiedliśmy na jasnej skórzanej kanapie i , zaczęliśmy rozmawiać. Tylko Luke siedział cicho, to było do niego nie podobne. Zawsze było go wszędzie pełno i usta mu się nie zamykały, gdy siedzieliśmy w takim gronie. Jednak teraz siedział i jedynie patrzył w telefon, który wyjął zaraz po tym jak tu przyszliśmy.
— Léa no oddaj mi— odezwał się pierwszy raz odkąd wyszliśmy ze szkoły, gdy zabrałam mu odblokowany telefon. Jednak nie spodziewałam się, tego co na nim zobaczę.
— Luke? Dlaczego patrzysz stronę ISA? — spytałam zdziwiona. Była to międzynarodowa szkoła sportowa o której marzył chyba każdy, kto chciał wiązać swoją przyszłość ze sportem. Tak jak Luke. I do tego, była w Nowym Jorku— To o tym rozmawiałeś z trenerem tak? — zaczęłam pomału analizować wszystkie fakty.
— Tak kurwa, gadałem z nim o tym. Dostał dwa dni temu maila od nich. Chcą przyznać mi pełne stypendium i chcą, żebym był w ich reprezentacji. Jebane stypendium kurwa w Nowym Jorku— powiedział i przetarł twarz dłońmi. W oczach automatycznie zebrały mi łzy i zaczęły trząść mi się ręce. Wstałam i bez słowa ruszyłam do toalety. Gdy zamknęłam za sobą drzwi emocje całkiem ze mnie uleciały. Zaczęłam płakać jednocześnie ze szczęścia, smutku i strachu. Złapałam się za włosy i lekko za nie pociągnęłam. Usiadłam na białych płytkach i mój oddech zaczął przyspieszać. Zaczęłam zachłannie oddychać ale i tak brakowało mi powietrza. Świat wokół mnie zaczął się kręcić, a wszystkie dźwięki zaczęły być jakby oddalone i nie realne. Czułam jakby po moim ciele przechodziło tsunami, a ja nie mogłam nad niczym panować. Chwilę trawy jak wieczność. Nie wiedziałam co się ze mną działo. Moje ręce i kark były mokre od potu a mój oddech stał się jeszcze gorszy. Nie było go. Nie mogłam oddychać i zaczęłam jeszcze głośniej płakać. Chciałam pomocny, jednak nie czułam się na siłach żeby o nią poprosić. Nie było nikogo. Słyszałam tylko głośne uderzenia mojego serca, które miałam wrażenie jakby przystało pracować na kilka chwil i zaczynało od nowa. Zacisnęłam pięści i oczy mając nadzieję, że gdy je otworzę wszystko będzie jak dawniej. Poczułam czyjąś ciepłą dłoń, która ścisnęła moją, jednak dalej bałam się otworzyć oczy. Po chwili uderzyła we mnie wielka fala powietrza. Złapałam łapczywie oddech a wszystko dookoła zaczęło powoli do mnie dochodzić co sprawiło, że powoli otworzyłam oczy. Cały obraz był zamazany a ja tym razem wyraźnie poczułam rękę, która dalej trzymała mnie za rękę. To był Luke. Patrzył na mnie ze łzami w oczach, które powstrzymywał przed wypłynięciem. Bałam się, że go stracę jak wyjedzie. E mojej głowie nadal było milion myśli dotyczących rozłąki. Nowy Jork był po drugiej stronie kraju. A myśl o tym, że nie wiedziałabym go codziennie dobijał mnie jeszcze bardziej. Czułam się jak najgorsza dziewczyna wszechczasów. Powinnam być z niego dumna i cieszyć się razem z nim z jego sukcesu. A jak się zachowałam? Siedziałam w toalecie zamknięta i płakałam z myślą, że go stracę. Byłam tak straszną egoistką.
— Już nie płacz malutka. Wszystko będzie dobrze— gładził mnie dalej po ramieniu. Miałam ochotę się rozpłakać, jednak wiedziałam, że musiałam go wspierać. Chciałam go wspierać jednak nie umiałam. Tak bardzo się bałam, że go stracę. Dopiero co nasz związek się zaczął. Trwał dopiero dwa miesiące a już mieliśmy się rozstać na nie wiadomo ile.
— Przepraszam, jestem taką egoistką— powiedziałam powstrzymując płacz i wtuliłam się jeszcze bardziej w jego ramiona, którymi mnie obejmował.
— Nie jesteś egoistką skarbie, spokojnie. Jesteś najlepszym co mogło mnie w życiu spotkać. Gdyby nie ty to nawet nie dostałbym pewnie tego stypendium. Gdyby nie ty to nie grałbym w kosza. To ty mi dałaś pierwszą piłkę na siódme urodziny, pamiętasz? — zapytał i otarł moje łzy— Wyglądasz jak panda kochanie— zaśmiał się a ja mu zawtórowałam. Cieszyłam się, że go mam, i że mogłam być przy nim. Przy nim czułam, że mogłam wszystko. A przede wszystkim mogłam być sobą— Nie chcę cię zostawiać— powiedział szczerze i usiadł obok mnie— Ale z drugiej strony to wielka szansa dla mnie. Zawsze marzyłem o tej szkole, jednak nie mogę cię zostawić samej— cały czas powstrzymywał się od płaczu, a jego usta były zaciśnięte w wąską linię.
— Nie będę sama. Mam Alexa Mię, Luisa, Liama mamę i Mayę— powiedziałam spokojnie, a moje oczy lekko opadały ze zmęczenia— I będę miała ciebie. To tylko kilka godzin różnicy czasowej. Będziemy rozmawiać codziennie, aż będziesz miał dość. To dla ciebie wielka szansa, której nie możesz zmarnować— mówiłam patrząc się w jego czekoladowo brązowe oczy, które skanowały każdy centymetr mojej twarzy. Bałam się tego ale wiedziałam, że on też, chciałam go wspierać i nie pokazywać tego jak bardzo się boje. Gdybym pokazywała to otwarcie to byłoby to dla niego jeszcze trudniejsze niż teraz— No właśnie, Maya wie?
— Jeszcze nie. Trener będzie nas umawiał na spotkanie. Chcą się spotkać jeszcze i wszystko omówić. Wiesz internat i to wszystko. Nawet nie wiem kiedy bym pojechał. Nic nie wiem jeszcze. A to jest przerażające. Nie wiem nic a mam podjąć najważniejszą decyzję w życiu. Jeśli przeniosę się tak to stracę kontakt z wami i nie będę miał was wszystkich przy sobie ale z drugiej strony będę miał lepszą drogę na przyszłość. Będę grał w ich reprezentacji, będę się skupiał głównie na sporcie i przyjmą mnie wszędzie po tej szkole. Czemu to wszystko musi być takie trudne— powiedział zły i wstał w płytek po czym pomógł mi zrobić to samo— Wracamy do nich.
Weszliśmy do salonu, a szepty, które wcześniej były nawet głośne, ucichły. Każdy patrzył na nas jakby nie wiedział co mają zrobić i powiedzieć. Max, miał zmartwione oczy ale usta miał wykrzywione w wielki śnieżny uśmiech. Scott miał lekko zmarszczone brwi i zacisnął szczękę. Mia patrzyła na mnie że współczuciem i szokiem wymalowanym na twarzy. A Alex? On patrzył z dumą i współczuciem. Z dumą na Luka, a ze współczuciem na mnie. Przecież nic mi nie jest. Mój chłopak tylko wyjeżdża na koniec kraju gdzie będzie mieszkał i będziemy się widywać raz na kilka miesięcy. Usiadłam obok przyjaciółki i uśmiechałam się szeroko.
— Co wy macie takie miny? Nie cieszycie się? — dalej się uśmiechałam, jakbym chwilę wcześniej nie płakała w toalecie. Musiałam być w tym wszystkim z nim, a nie przeciwko niego.
— Oczywiście, że się cieszymy? Ale to co? Wy zerwaliście czy jak to będzie działać? — zapytał Scott. Nie chciałam z nim zrywać i tego nie zrobię. Zbyt bardzo go kochałam, a poza tym obiecaliśmy sobie, że nie złamiemy sobie serc i planowałam dotrzymać tej obietnicy aż do śmierci.
— No jak będzie działać? Będziemy razem cały czas. Związki na odległość chyba nie są takie trudne prawda?— zapytałam niepewnie, jednak każdy popatrzył na mnie tylko niepewnym wzrokiem, jakby mieli wątpliwości do tego co mówiłam— Nie patrzcie tak na mnie, trochę wiary— powiedziałam z niepewnym uśmiechem.
— Czyli jedziesz? — zapytał Scott. Było po nim widać, że było mu przykro ale cieszył się sukcesem przyjaciela.
— Nie wiem co mama na to powie i jak zdecyduje ale chyba tak— podrapał się po karku. W jego oczach świeciły iskierki szczęścia, a jego uśmiech był największy jaki kiedykolwiek widziałam. Byłam tylko ciekawa, kiedy wyjedzie. I czy damy radę to wszystko ogarnąć tak, by nasz związek na tym nie ucierpiał.
***
Wróciliśmy do domu, razem z Alexem i Mią, która mieszkała niedaleko. Luke wyglądał jakby miał wyzionąć ducha, gdy spojrzał do kuchni i zobaczył swoją mamę, która przyrządzała coś w kuchni. Poszliśmy na górę zostawiając go samego z mamą, by mogli porozmawiać na spokojnie. Widziałam jego bladą twarz i dłonie, które się trzęsły. Martwiłam się o niego ale byłam pewna, że da radę.
~Luke~
— Mamo? Możemy pogadać, tak wiesz poważnie— bałem się jej reakcji, co widocznie zauważyła, bo jej szczęśliwe oczy i uśmiech zastąpiło zmartwienie. Skrzyżowała ręce na klatce— Bo muszę ci o czymś powiedzieć ale boje się twojej reakcji mamo.
— Tylko mi nie mów, że będę babcią. Zabije cię przysięgam. Jak mogłeś to jej zrobić. Nie uczyłam was jak się zabezpieczać? — zaczęła mówić zdenerwowana. Jej brwi automatycznie się zmarszczył a dotychczasowe zmartwienie zamieniło się w złość.
— Nie mamo, nie o to chodzi— przerwałem jej— Dostałem stypendium— powiedziałem szybko— W Nowym Jorku— dokończyłem. Jej twarz złagodniała i pojawiło się zaskoczenie. Jej brwi poleciały ku górze a jej usta się lekko rozczuliły— Trener dostał maila od ISA, chcą się z nami spotkać, omówić wszystko— powiedziałem i poczułem jak kamień spadł mi z serca.
— Chcesz jechać? — zapytała mnie szczerze. Widziałem po niej, że nie była do końca przekonana— Zadzwonię do Jacka żeby dał mi ich numer i nas umówię— powiedziała spokojnie. Uśmiechnąłem się do niej i ją przytuliłem. Wiedziała, jak ważne to dla mnie było, i wiedziałem, że zrobi wszystko, żeby mi wyszło. A to był ważny element spełnienia marzeń.
Kilka dni później, byliśmy już pod kawiarnią, w której mieliśmy się spotkać z przedstawicielem ISA. Noah Harris, bo tak się nazywał, był wysoki i wysportowany. Miał lekki zarost i idealnie ułożone czarne włosy. Na twarzy widniał mu delikatny uśmiech. Był on z okolic Portland i rekrutował właśnie osoby z tych obszarów.
— Cieszymy się, że dostałeś te stypendium Luke. Jesteś naprawdę świetnym sportowcem i to byłby dla nas zaszczyt, gdybyś dołączył do naszego zespołu. Stypendium oczywiście pokrywa wszelkie koszty dotyczące pobytu wyżywienia i nauki. Akademia posiada świetnie wyspecjalizowaną kadrę, która jest zawsze do twojej dyspozycji— zaczął mówić i odwrócił swojego laptopa s moją stronę— Pokoje są zwykle dwuosobowe i są oczywiście o najwyższych standardach, by nasi sportowcy mogli dobrze się zregenerować bo całym dniu treningów i nauki— pokazał mi kilka zdjęć pokoi i ogólnie internatu— Internat jest podzielony w zależności od tego, co trenujesz dzięki czemu nie zakłóca to niczyjego harmonogramu. Każda kwatera ma swoje dwa piętra. Jest duża wspólna kuchnia, oraz pokój rekreacyjny z dużym telewizorem i przeróżnymi grami. Do każdej kwatery jest też przydzielona siłownia, która znajduję się na jednym z pięter— pokazywał mi dalsze zdjęcia zerkając przy tym na mnie z uśmiechem. Coraz bardziej mnie to zachęcało do wyjazdu— Akademia znajduję się na obrzeżach Nowego Jorku, więc otaczają nas olbrzymie zielone tereny lasu i różnych ścieżek, które są idealne do biegania czy spacerowania— Skończył mówić i odwrócił laptopa z powrotem w swoją stronę.
— A co z nauką? — zapytała mama. Martwiła się o tą kwestię myśląc, że skupie się tylko na sporcie i zaniedbam zwykłe przedmioty takie jak matma czy angielski.
— Harmonogram dnia jest idealnie ułożony, tak by w ciągu dnia czas był idealnie rozłożony na sport, naukę i czas wolny— powiedział i upił łyk swojej czarnej kawy, którą zamówił zanim przyszliśmy.
— A co z odwiedzinami? — zadałem pytanie, które nurtowało mnie od początku tego wszystkiego. Léa mogłaby mnie odwiedzać jak najczęściej by mogła.
— Jeśli wcześniej uzgodnisz to z władzami internatu i nie zaniedbasz przy tym harmonogramu to nikt nie będzie miał nic przeciwko— mrugnął do mnie jednym okiem z uśmiechem. Przez następną godzinę Noah opowiadał mi o akademii i o tym jak tam jest. Sam kiedyś się w niej uczył, jednak nie wyszło mu ze sportem. Zapaliliśmy za swoje napoje i wyszliśmy z mamą z kawiarni. Była to jedyna kawiarnia w mieście i była bardzo popularna w okolicy. Była bardzo przytulna, a jedzenie i picie było najlepsze jakie kiedykolwiek jadłem. Prowadziła ją pani Rivera. Była naprawdę wspaniałą kobietą, która zawsze była przemiła i zawsze pomagała jak mogła.
— Będziesz mnie odwiedzać? — zapytałem, gdy już byliśmy w domu
— Pewnie, kiedy tylko będę mogła— powiedziała Léa z uśmiechem. Oglądaliśmy zdjęcia, które Noah nam zostawił razem z dokumentami. Cieszyłem się z tego stypendium ale też tak cholernie się bałem. Nie chciałem zostawiać całego swojego dotychczasowego życia. Ale tak działa świat. Trzeba coś poświęcić, by coś zyskać.
CZYTASZ
Broken Promise |ZAKOŃCZONE|
Ficción General16 letnia Léa przeprowadza się wraz z mamą i bratem do przyjaciółki swojej mamy, która ma trzech zupełnie różniących się od siebie synów co z tego wyniknie? Co się stanie jeśli będzie mieszkać z kimś kogo kochała całe swoje życie? Tego się dowiesz c...
