Chapter XVII - Reluctance

68 10 1
                                        

   Przez pierwsze kilka lat życia zdołał przyzwyczaić się do kojarzenia dotyku z czymś złym i obrzydliwym. Od pewnego incydentu, który miał miejsce, gdy jako pięciolatek przemierzał uliczki Podziemia, aż do dnia dzisiejszego. Nienawidził, kiedy ktoś naruszał jego przestrzeń bardziej, niż było to konieczne. Wyjątkiem byli oni. Ci, których nie ma już u swojego boku. I może Hanji, ale to... to była Hanji. Gdy był jeszcze dwudziestoletnim bandytą z dwójką towarzyszy gesty takie jak oparcie głowy o ramię drugiej osoby, czochranie włosów, klepanie po plecach czy łapanie za rękę lub ramię były naturalne, choć czysto przyjacielskie. Nie sprawiały, iż miał ochotę uciec, zaszyć się gdzieś i szorować skórę niemal do krwi z nadzieją, że to obrzydliwe uczucie bycia dotykanym zniknie i nigdy nie wróci.

   A jednak cały czas siedział w bezruchu, nie dając po sobie poznać absolutnie nic, gdy Erwin zaciskał swoje długie palce na jego nadgarstku coraz mocniej i pochylał się nad nim. Czuł jego oddech na swojej twarzy, na której spoczywała maska obojętności, ukrywająca jego prawdziwe odczucia i stosunek do tej niezbyt komfortowej dla niego sytuacji. To, co czuł w tamtej chwili można było dostrzec jedynie w odbiciu kobaltowych oczu, o ile zajrzało się wystarczająco głęboko i zdawało się, iż istniała osoba potrafiąca tego dokonać.

   Zwykle uśmiechnięta twarz Erena była w tejże właśnie chwili poważna. Jego pełne, malinowe usta zaciśnięte w wąską kreskę, jego lekko opalone, pełne śladów po ugryzieniach dłonie, w które zostały wbite zadbane paznokcie i jego oczy, wręcz nienaturalnie w tym momencie obojętne. Jakby ten radosny błysk zniknął i miał już nigdy nie wrócić. Levi'owi cholernie trudno było przyznać to przed samym sobą, ale... można śmiało rzec, że na swój sposób polubił ten błysk. Tak bardzo przypominał mu o identycznych, szmaragdowozielonych tęczówkach jego małej siostrzyczki. Jak tak teraz na niego patrzył, to przed oczami mignęło mu jej zawzięte spojrzenie i pewny siebie wyraz twarzy. Aż przypomniał mu się uśmiech na jej twarzy, gdy nazywała go braciszkiem.

   Oprzytomniał w chwili, w której Smith zacisnął palce na jego nadgarstku na tyle mocno, że poczuł ból. Przeniósł wtedy wzrok na dłoń wyższego od siebie generała, by następnie spojrzeć mu prosto w oczy. Ich twarze znajdowały się niebezpiecznie blisko siebie, co ani odrobinę mu się nie podobało. Wstał więc, wyrywając dłoń z silnego uścisku blondyna, a krzesło, na którym do tej pory siedział z hukiem poleciało do tyłu. Czarnowłosy posłał niebieskookiemu ostatnie spojrzenie mówiące: "nie, nie mamy o czym rozmawiać", po czym wziął talerz, odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami do kuchni.

   Młody Yeager spuścił wzrok, zaciskając oczy. Przecież nie mógł tak po prostu podejść i wyrwać nadgarstka kapitana z dłoni dowódcy. Nie mógł sprawić, żeby widoczne w jego oczach obrzydzenie spowodowane niechcianym dotykiem tak po prostu zniknęło. Nie mógł. I czuł się z tego powodu tak cholernie bezsilny. Chciał odgonić całe zło, jakie męczyło tego nieziemsko przystojnego bruneta, który skopał go w sądzie. A jednak nie mógł. Z jednej strony dlatego, że był jedynie żołnierzem, natomiast kobaltowooki jego przełożonym, a z drugiej dlatego, że... Levi by go do siebie najzwyczajniej w świecie nie dopuścił. A poza tym... co mógłby dać mu taki bachor jak on? Jemu, Najsilniejszemu Żołnierzowi Ludzkości?

"Wyśmiałby mnie, gdybym powiedział mu, co czuję...", mocniej wbił paznokcie w swoje dłonie.

   Takie właśnie myśli dręczyły go przez cały dzień. Od sytuacji w jadalni nie widział Ackermanna aż do wieczora, gdy ten przyszedł, by odprowadzić go do celi. Nawet ich trening był nadzorowany przez kogoś innego, co zdziwiło nie tylko szatyna, ale także resztę kadetów. No bo przecież jeszcze wczoraj kapitan Levi zakomunikował Jeanowi, iż będzie obecny na każdym treningu, więc... co się stało...? Zielonooki bardzo chciał go o to spytać, jednak nadal miał przed tym lekkie opory. Tak, czarnowłosy wyraźnie dał mu do zrozumienia, że może pytać go o cokolwiek, lecz on nadal... nadal czuł się z tym nieco dziwnie. I gdy tak patrzył na symbol skrzydeł wolności na kurtce niższego od siebie mężczyzny, a także idealnie wygolony tył jego głowy... zacisnął dłonie w pięści wbijając w nie paznokcie i odwrócił wzrok. Nie powinien się tak w niego wgapiać. W ogóle nie powinien myśleć o nim w sposób, w jaki czasem mu się zdarzało, a jednak to robił. Nie potrafił wyrzucić z głowy tego nieziemsko przystojnego bruneta, który skopał go w sądzie.

Oczy Koloru Nieba | RirenOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz